Translate

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Rozdział 22

                                                      *Oczami Harrego*

   Pod palcami czułem jej bezsilne ciało, z którego temperatura spadała w mgnieniu oka. Mimo wszystko nie poddawałem się i nie przestawałem jej reanimować, do czasu, gdy nie przyjechała karetka i lekarze przejęli inicjatywę.W jednej chwili, przypięli do niej jakąś aparaturę i wciągnęli do karetki, a zaraz za lekarzami do pojazdu wskoczył Louis, zostawiając mnie samego na brzegu jeziora.
   Kilka minut później zostałem już sam z pustką w głowie, o którą obijał się szelest liści. Siedziałem na mokrym piasku w przemoczonym ubraniu i wpatrywałem się w horyzont. Wiedziałem  doskonale, że powinienem teraz być w szpitalu i trzymać dłoń Margaret, modląc się o to aby wszystko było dobrze. Powinienem tak zrobić, ale nie zrobiłem. Nie byłem w stanie, wstać i tam pojechać. Tak naprawdę nie chciałem jej stracić, ale bałem się, że będąc w szpitalu, byłbym zmuszony patrzeć jak lekarz wypisuje akt zgonu przy łóżku, na którym leżała moja przyjaciółka, przysłonięta białym prześcieradłem.
   Teraz mogłem tylko siedzieć, z zaciśniętymi pięściami i czekać, na dobrą wiadomość płynącą z pobliskiego szpitala.

                                                     *Oczami Margaret*

      Stąpałam po wąskiej drewnianej bali, zawieszonej nad stromym urwiskiem. Ostrożnie stawiałam kolejny krok, usiłując dojść do dużych, potężnych drzwi, stojących naprzeciw mnie. Połowę drogi miałam już za sobą, ale tyle samo stało jeszcze przede mną.
   - Za tymi drzwiami jest twoje życie- czyjś gruby głos, obił się echem o skały urwiska i spowodował, że moje nogi zatrzęsły się niespodziewanie.
   - Jak to?- spytałam, jednak nie dostałam żadnej odpowiedzi.
   Zrobiłam kolejny krok, później następny i następny. Od drzwi dzieliło mnie kilka metrów, kiedy nastąpiłam na śliską powierzchnię i straciłam równowagę co przyczyniło się do tego, że zawisłam bezradnie nad przepaścią, zaplatając kurczowo ręce na bali. Opadałam z sił, moje ręce zaczynały sztywnieć, a od dołu czułam nieprzyjemny podmuch wiatru, który chciał mnie zerwać z drzewa, niczym małego, bezbronnego liścia. Bałam się spojrzeć w dół, bałam się w ogóle myśleć, że zaraz to co znajdowało się pode mną wciągnie mnie w mgnieniu oka.
   - Margaret!- usłyszałam znajomy krzyk, który brzmiał jak głos zbawienia. Chwilę później drzwi się otworzyły a zza nich wyszedł chłopak, z powagą namalowaną na jego twarzy. Nie czekając ani chwili wskoczył na pień drzewa i w mgnieniu oka znalazł się przy mnie. Złapał za moje ramiona i silnym ruchem rąk podciągnął mnie do góry, tak, że znowu mogłam stanąć stopami na bali.- Nie ma czasu, chodź- powiedział, gdy ja otwierałam usta, aby mu podziękować.
   Przebiegliśmy razem przez drzwi i wpadliśmy razem w ciemność.
   Pomimo mroku który panował wokół mnie było ciepło. Mimo to cały czas się trzęsłam, chciałam zawołać chłopaka, ale nie mogłam, coś zaszyło mi usta, których teraz nie mogłam otworzyć, tak samo było z oczami. Na początku myślałam, że jestem w jakimś ciemnym miejscu, jednak po jakimś czasie zdałam sobie sprawę, że po prostu moje powieki są zamknięte. Stały się one potwornie ciężkie, wręcz niemożliwe do uniesienia.
   - Obudź się- mówiłam w myślach sama do siebie. Miałam już dosyć tej ciemności, tej mojej niemocy.
   Chyba wolałabym umrzeć, być już wolna, a nie męczyć się z próbą otwarcia oczu. Gdyby ktoś teraz zaoferował mi wicie noża w samo moje serce, korzystałabym bez zastanowienia. Wyobraziłam sobie chłopaka, który przed chwilą mnie uratował, wyobrażałam sobie, że tym razem też mi pomaga, że zabiera ciemność z mojego otoczenia. Wita mnie w jasnym pomieszczeniu z szerokim uśmiechem na twarzy i pudełkiem z czekoladkami.
   - Budzi się- usłyszałam męski głos, tak cichy, śpiew małego ptaszka.
   Zacisnęłam piąstki i ponowiłam próbę uniesienia powiek. Na początku było trudno, ale gdy jasne światło oślepiło moje oczy, uświadomiłam sobie, że jestem na dobrej drodze. Nie mogę się teraz poddać. W końcu udało mi się.
   Nie widziałam dokładnie tego co znajdowało się aktualnie obok mnie. Mogłam dostrzec jasne ściany i różnokolorowe plamy na ich tle. Jedne z nich się ruszały, a drugie cały czas spoczywały w miejscu. Jednak za to, że mogłam w końcu otworzyć oczy, musiałam ponieść jakąś konsekwencje. Teraz poczułam doskwierający mi, nieprzyjemny ból w klatce piersiowej. Czułam się tak, jakby ktoś wbijał długie cienki igły w moje płuca, próbując przebić je jak balony. Nie słyszałam dobrze tego co działo się obok mnie, natomiast dźwięk mojego serca, haczył o moje uszy.
   - Margaret słyszysz mnie?- nade mną pochyliła się jakaś biała postać, wysyłająca w moim kierunku słowa.
   - Tak- jęknęłam cichuteńko, mimo że moje uszy odebrały to znacznie głośniej, niż mogło być w rzeczywistości.
              
                                       Dzień później

   Byłam wykończona ogromną ilością badań, jakim mnie poddawano. Co chwilę ktoś wchodził i wychodził. Moja ręka miała kontakt już z co najmniej dziesięcioma igłami. Poza tym byłam sama, sama z lekarzami, których powoli zaczynałam zapamiętywać. Wysoka blond włosa pielęgniarka, od podawania białych tabletek, sędziwy doktor z łysiną na głowie i zdecydowanie za dużymi okularami na szpiczastym nosie, kolejna lekarka, krótko obcięta, która co godzinę sprawdzała moją kroplówkę. Miałam ich już naprawdę dość.
   - Margaret, masz gościa- powiedziała jakaś kobieta, zaglądając przez drzwi.
   - Nie chcę gości, chcę zapalić- burknęłam pod nosem, ale ta tylko pokręciła głową i zniknęła, zostawiając otwarte drzwi.
   - Hej- usłyszałam męski głos, a po chwili przede mną pojawił się chłopak z loczkami na głowie, sztucznym uśmiechem na twarzy i małym bukietem róż w dłoni.
   - Ty- wyszeptałam cicho, unosząc się na rękach.
   - Coś nie tak?- spytał i podszedł do mojego łóżka, położył kwiatki na szafce i usiadł na plastikowym krześle, przez cały czas nie odrywając ode mnie wzroku.
   - Uratowałeś mnie- powiedziałam.
   - Wyciągnąłem cię z wody, to prawda- posłał mi uśmiech.
   - Nie, nie. Nie pozwoliłeś mi spaść- dodałam i złapałam go za rękę.- Przeprowadziłeś mnie przez drzwi. Uratowałeś mnie- ciągnęłam, chrypiąc.
   - Nie wiem, o czym mówisz.
   - Ale ja wiem. Dziękuję- szepnęłam.
   - Nie ma za co- po jego słowach w pomieszczeniu zapanowała głucha cisza, którą postanowiłam przerwać.
   - Nie zdradzisz mi swojego imienia?- spytałam, a oczy chłopaka, jakby w jednej chwili straciły blask, w ogóle jakikolwiek wyraz.
   - Nie pamiętasz?
   - Niestety- mruknęłam.
   - Jestem Harry- powiedział po chwili zastanowienia, jakby sam nie był pewien jak się nazywa.- Zaraz wrócę- wstał z krzesła i zaczął kierować się w stronę drzwi.
   - Harry- powiedziałam, a on odwrócił głowę w moim kierunku.- Dziękuję- mruknęłam, a on tylko się uśmiechnął i wyszedł. Zostawiając mnie znowu samą na sali z głową zapełnioną myślami.
   Tak bardzo chciałam sobie przypomnieć skąd, znam uroczego bruneta, jak to się stało, że trafiłam do szpitala, co się działo wczoraj, przedwczoraj, rok temu. Czułam się tak cholernie bezradnie. A piszcząca aparatura tylko pogarszała mój stan.
_______________________________________________________________
  
 Cholernie przepraszam, że taki krótki. Jest mi głupio, a jeszcze gorzej bym się czuła jakbym dzisiaj nic nie dodała. Mam nadzieję, że mi wybaczycie, postaram się wam wynagrodzić w następnym rozdziale :)
   Nie liczę na komentarze, bo tu nawet nie ma co komentować, krótka chała i tyle.
xx

niedziela, 19 stycznia 2014

Rozdział 21

   - Harry idioto- warknęłam na chłopaka, który z głupkowatym uśmieszkiem na twarzy wlepiał we mnie wzrok.
   - To zabawa w chowanego nie polega na tym, żeby kogoś wystraszyć?- spytał, a jego usta wciąż były wykrzywione w promieniujący uśmiech.
   - Nie Harry- posłałam mu ostre spojrzenie.- A co jakbym zemdlała ze strachu?
   - Zrobiłbym ci usta usta- oznajmił wykrzywiając swoje usta na kształt dziubka, po czym oblizał je językiem.
   - Ohyda- skomentowałam, wykrzywiając się z obrzydzenia.
   - Jeszcze będziesz chciała, żebym cię całował. Nie zdajesz sobie sprawy co te ust ust potrafią, złotko- puścił mi oczko.
   - A ty sobie nie zdajesz sprawy, co potrafią moje pięści- w najmniej spodziewanym momencie za kępy krzaków wyszedł Lou, z wrogą miną wymalowaną na jego twarzy.
   - Podglądałeś?- mruknął Harry, odruchowo cofając się ode mnie na kilka kroków.
   - Liczyłem na to, że będę świadkiem tego jak pożera cię wygłodniały niedźwiedź- prychnął Louis, po czym podszedł do mnie i zaplótł swoją rękę wokół mojej talii.
   - W Anglii nie ma niedźwiedzi- poprawił go loczek.
   - Nie ważne- mruknął i niespodziewanie pocałował moje usta.- Smakujesz jagodami- powiedział odsuwając się ode mnie.
   - Zjadłam kilka, kiedy was szukałam- odparłam cicho.
   - Romantyczni niczym Jacob i Bella ze Zmierzchu- skomentował Harry, który cały czas się w nas wpatrywał.
   - Chyba jak Edward i Bella- poprawił go Louis.
   - Nie. Ty kochasz Margaret, ale ona kocha innego, tylko boi się do tego przyznać- gdy skończył mówić obaj chłopcy skierowali swoje spojrzenia prosto na mnie.
   - Mylisz się Potter- warknął zdenerwowany Louis.
   - Jakie jeszcze filmy przytoczycie?!- podniosłam głos, co zdziwiło obu.
   - Myślałem nad piękną i bestią, ale to chyba bajka- burknął Harry z niewinnym uśmieszkiem wymalowanym na twarzy.
   - Jesteście żałośni- tupnęłam z całych sił w ziemię i ruszyłam prosto przed siebie.
   - Margaret?- usłyszałam za plecami głos Louisa.
   - Co?!- warknęłam się odwracając gwałtownie w jego stronę.
   - Gdzie idziesz?
   - Do domu.
   - Dom jest w drugą stronę- dodał Harry, a ja zmrużyłam oczy i głośno prychnęłam.
   - Idę na około- burknęłam i zrobiłam krok do przodu.
   - Tamtą drogą szybciej dojdziesz do Londynu niż do chatki nad jeziorem- odparł Harry, a ja poczułam jak coś zaczyna piec mnie w gardle, a oczy robią się szkliste.
   - Margaret?- usłyszałam własne imię, kiedy niespodziewanie usiadłam na mokrej ziemi i zasłoniłam dłońmi oczy.- Ej co jest?- poczułam jak ciepła ręka Lou, delikatnie gładzi moje plecy, a jego oddech osiada na moim karku.
   - Dlaczego tak się nie lubicie?- wyjęczałam, odsłaniając twarz, po której policzkach spływały strugi łez.- Dlaczego kurwa?!- powiedziałam znacznie głośniej, spoglądając to na Louisa, to na Hazzę.
   - Nie przeszkadzało ci to wcześniej- szepnął Lou, ocierając moje mokre policzki dłonią.
   - Zawsze mi to przeszkadzało. Zawsze- powtórzyłam, pociągając nosem.- Kocham was obu, jesteście dwójką ludzi, których mam. Zrozumcie, jesteście tylko wy dwaj, nikt inny się dla mnie nie liczy. Czemu tak się zachowujecie?- ściszyłam ton głosu, po czym podpierając się na łokciach wstałam z ścieżki.- Dajcie mi spokój oboje- wrzasnęłam i zaczęłam iść tym razem w dobrym kierunku.
   - Margaret, poczekaj- powiedział za mną Louis, do którego się odwróciłam.
   - Chcę być teraz sama- mruknęłam i tak szybko jak tylko mogłam popędziłam przez gęsty las.
   Oczy wciąż miałam we łzach, co powodowało, że obraz który miałam przed sobą robił się coraz bardziej zamazany. Bałam się tego, że kiedyś tego nie wytrzymam. Każda ich sprzeczka, zawsze źle na mnie działała, powodowała u mnie takie uczucie, jakby ktoś kradł kawałek mojego serca. Mimo to zawsze starałam się zachować zimną krew. Do teraz.
   W mojej głowie panowała zupełna pustka, kiedy wydostałam się z lasu i stanęłam na brzegu jeziora, w którym kąpało się kilku nastolatków, natomiast pozostali plażowicze zalegali na pomoście i pili mocniejsze trunki. Zacisnęłam pięści i zaczęłam zmierzać ku nieznajomym.
   - Hej- powiedziałam, kiedy znalazłam się dosyć blisko ludzi. Przetarłam załzawione oczy i dokładniej przyjrzałam się temu co piją.- Mogę?- wskazałam dłonią na butelkę, do połowy napełnioną whisky.
   - Jasne- powiedziała dziewczyna siedząca najbliżej mnie. Jej niechlujny, blond warkocz sięgał do połowy jej pleców, a do ust właśnie przykładała papierosa.
   - Dzięki- mruknęłam, a następnie schyliłam się by pochwycić butelkę z jasnobrązową cieczą. Przełknęłam ślinę, po czym przyłożyłam do ust gwint szklanej butelki którą energicznym ruchem przechyliłam do góry dnem.- Macie coś jeszcze?- spytałam odstawiając po kilkunastu sekundach opróżnioną butelkę po alkoholu.
   - Jesteś nałogową alkoholiczką?- spytał ktoś z grupy, a ja uśmiechnęłam się nieznacznie.
   - Nie- mruknęłam, odwracając się do nich plecami.
   - Wypiłaś nam całą whisky, a teraz tak sobie po prostu odejdziesz?- spytał jakiś chłopak, co wywnioskowałam po barwie jego głosu, który był wyjątkowo niski.    
   - A co mam wam zatańczyć na rurze?
   - Wyjęłaś mi to z ust.
   - Z tego co widzę nie macie rury- prychnęłam, po czym zrobiłam krok do przodu. Poczułam pewne zawirowanie w głowie, które musiało wynikać z rozchodzącego się po ciele alkoholu, mimo to szłam dalej, stawiając kolejne kroki na drewnianym podeście.
   - Hola, hola, dokąd to?- poczułam czyjąś dłoń na nadgarstku.
   - Puść mnie- warknęłam na chłopaka, który mnie kurczowo trzymał.- Zostaw mnie- podniosłam głos, kiedy ten zaczął mnie ciągnąć do swoich znajomych.
   - Posiedzisz jeszcze chwilę z nami- mruknął, nie przestając szarpać mojej ręki.
   Próbowałam mu się wyrwać. Miotałam się na wszystkie strony, ale chłopak nie dawał za wygraną. Kiedy cofałam się do tyłu, w pewnym momencie zabrakło mi podłoża pod stopami i w jednej sekundzie wleciałam do wyjątkowo lodowatej wody. Nie spodziewałam się tego, więc nie zdążyłam w porę zamknąć ust, przez które do mojej buzi wleciała woda. Zaczęłam nerwowo machać nogami i rękoma, aby wydostać się na powierzchnię. Kiedy już to osiągnęłam, zaczęłam się krztusić, zerknęłam ukradkiem na pomost, który teraz w jednej chwili zrobił się pusty. Próbowałam złapać oddech, jednak gdy tylko otwierałam usta by wciągnąć powietrze, niewidzialna siła wciągała mnie pod taflę wody. Czułam jakby do moich płuc dostawała się ciecz, która je rozdzierała.
   Byłam przegrana, nie mogłam dosięgnąć do dna, które było zbyt głęboko, by na nim swobodnie stanąć. Traciłam powoli przytomność, obraz przed moimi oczami stawał się coraz ciemniejszy, aż w końcu całkowicie zniknął. Słyszałam bicie mojego serca, które słabło, znacznie słabło, aż w końcu zgasło.
                                                                 ***
                                                          Oczami Louisa.
   - Nie możemy jej tak zostawić, ona jest nieobliczalna- warknąłem, łupiąc wzrokiem na loczkowatego.
   - Jakie głupstwo?- spytał, a ja wywróciłem oczami.
   - Głupie, lepiej rusz dupę- warknąłem na niego i zacząłem szybkim krokiem iść w stronę wyjścia z lasu.
   Słyszałem za sobą człapanie Harrego, któremu towarzyszyło sapanie. Najwidoczniej tępo, które przyjąłem nie posłużyło chłopakowi. Wszystko na pozór wydawało się takie spokojne, wiatr lekko wprawiał drzewa w ruch, liście szumiały tworząc muzykę, wraz z towarzyszącym im śpiewem ptaków.
   - Kochasz ją?- usłyszałem ciche pytanie, zza swoich pleców.
   - Co za głupie pytanie. Oczywiście, że ją kocham- powiedziałem, najbardziej przekonywującym głosem na jaki było mnie teraz stać.
   - A gdyby naprawdę wybrałaby kogoś innego. Pogodziłbyś się z tym?- ciągnął.
   - Pewnie nie. Jest moim oczkiem w głowie, a jakby ktoś wydłubałby ci oko, pogodziłby się z tym?- spojrzałem na niego przez ramię.
   - Pewnie nie.
   - No widzi...- głośne krzyki dochodzące znad jeziora, nie pozwoliły mi dokończyć tego, co miałem zamiar powiedzieć.
   - Jezu- usłyszałem szept Harrego, odwróciłem się do niego, a to co stanęło przed moimi oczami, nieco mnie zdziwiło.
   - Nie prosiłem o striptiz- warknąłem na niego, ale te słowa w ogóle chyba do niego nie dotarły.- Coś się stało?- spytałem, gdy ten łapał za pasek swoich czarnych spodni.
   - Margaret- tylko to usłyszałem, bo po chwili chłopak w samych bokserkach pędził w stronę jeziora, w stronę którego przeniosłem zdezorientowany wzrok.
   W jednej chwili zamarłem niczym posąg. To co zobaczyłem, całkowicie mną wstrząsnęło. Moja dziewczyna topiła się kilka metrów od brzegu, a grupka nastolatków zbiegała z pomostu coś do siebie krzycząc.
   - Na chuj ją szarpałeś- usłyszałem słowa blondynki kierowane do wysokiego chłopaka.
   Zacisnąłem zęby i zacząłem iść w kierunku owych ludzi. Wiedziałem, że Harry rzucił się na ratunek Margaret, więc mi nie pozostało nic innego jak policzyć się z kolesiem, który to najprawdopodobniej przyczynił się do tej całej, zaistniałej sytuacji.
   - Kto ją wrzucił do wody?- warknąłem na nich. Wszystkie oczy wskazały mojego podejrzanego.- Ty?!- złapałem przód jego koszulki, jednocześnie uniemożliwiając mu ruch.- Odpowiadaj jak do ciebie kurwa mówię- moja pięść niekontrolowanie wpadła na jego twarz.
   - To był wypadek- szepnął ze łzami w oczach.
   - I dlatego postanowiłeś spierdolić razem z koleżkami?- w moich oczach zapanowała złość, a przez moją głowę przeszła myśl pożądnego skatowanie chłopaka.
   W porę się powstrzymałem. Wymierzyłem mu jeszcze kilka ciosów w idealną twarz, po czym popchnąłem go na jego znajomych.
   - Jak mi się jeszcze raz napatoczysz szczeniaku, to będą musieli robić sekcję twoich zwłok, żeby się upewnić, że to na pewno ty- podniosłem głos, gdy ci uciekali w stronę samochodu, którym w mgnieniu oka odjechali, zostawiając za sobą chmury dymu.
   Rozejrzałem się dookoła. W jeziorze nie było nikogo. Gdzieś na brzegu dostrzegłem Harrego pochylającego się nad nieruchomym ciałem dziewczyny.
                                         ***
                              Oczami Harrego
   Słyszałem charczący, groźny głos Louisa, który nie szczędził w słowach. Jednak dla mnie najważniejsza była teraz Margaret, którą udało mi się wyciągnąć ma brzeg jeziora. Najgorsze jednak było to, że nie wykazywała ona żadnych oznak życia. Miałem ciarki w każdym miejscu na swoim ciele.
   - Nie rób sobie żartów- powiedziałem do niej, po czym pochyliłem się nad nią w taki sposób jak uczono mnie w szkole co trzeba zrobić by sprawdzić oddech. Nie było go, nawet najdelikatniejsze powietrze nie wydostało się przez jej usta. Nie zastanawiając się dłużej splotłem razem swoje dłonie i zacząłem napierać na jej klatkę. Raz za razem.
   - No kurwa Margaret- jęknąłem cicho, gdy dziewczyna wciąż nie reagowała.- Obiecuję, że już nigdy nie będę nażekał na Louisa, nie będę ci robił jajecznicy, tylko otwórz oczy- odparłem zanim złączyłem nasze usta, przez które wdmuchnąłem jej powietrze. Powtarzałem to raz za razem.
   - Co z nią?- nie zauważyłem kiedy obok.mnie pojawił się Louis.
   - Umiera. Dzwoń na pogotowie- powiedziałe, ponownie zaczynając uciskać jej klatkę piersiową.
   Kiedy znowu przytknąłem usta to jej warg, poczułem zimno.na swojej skórze. Nieprzyjemne zimno jej ciała. Zamknąłem oczy i jeszcze raz wdmuchnąłem powietrze i znowu nic, żadnej reakcji z jej strony. Czułem jak trzęsą mi się ręce, a głos w mojej głowie uświadamia mi że ją tracę.
______________________________________________________________
   Począrek dosyć niepozorny :)
Jestem ciekawa, czy przeżyje.
Ps. Witam was w nowym mam nadzieję lepszym roku. Cieszę się, że jesteście ze mną i po przez komentarze dajecie mi motywację do pisania nie tylko opowiadań, ale też książki. Dziękuję kochani. Xx