Translate

sobota, 28 grudnia 2013

Rozdział 20

   - Drobna sprzeczka. Nic takiego- odparłam, obdarzając go delikatnym uśmiechem.
   - Jeśli to była drobna sprzeczka, a on najchętniej wyrąbałby drzwi siekierą- przerwał na chwilę.- To jak między wami dojdzie do jakiegoś poważniejszego konfliktu, proszę poinformuj mnie. Będę musiał jak najszybciej uciec z tego kraju- powiedział zupełnie poważnym tonem.
   - Przesadzasz- skomentowałam, a następnie odsunęłam się od zamkniętych już na klucz drzwi.
   - Dam ci wybór- doszedł nas potężny głos Louisa, dobiegający zza ściany.- Albo otworzysz sama drzwi, albo sam je wyważę- warknął.
   - Harry jak się strzela z tej wiatrówki?- powiedziałam donośnym głosem, mimo że w moich dłoniach nie znajdowała się żadna, nawet najmniejsza broń.
   - Ale...- zaczął, ale nie dałam mu skończyć, szturchając jego ramię.
   - Improwizuj, bo jak nie to się dla nas źle skończy- zażartowałam.
   - Musisz przełożyć...- zaczął jednak, Lou nie dał mu skończyć.
   - Darujcie sobie- warknął.- Przecież każdy dobrze wie, że ten matoł nie potrafi nawet trzymać małego, zabawkowego pistoletu w dłoni. Kogo wy chcecie oszukać?
   - Ups- mruknęłam cicho.
   - Jakieś inne pomysły?- spojrzał na mnie Harry.
   - Albo skaczemy z okna, albo stajemy do walki z potworem.
   - Wybieram to drugie- mruknął, a na jego twarzy pojawił się uśmiech.
   - Wow Harry, zadziwiasz mnie- teraz zdałam sobie sprawę jak fajnie czuję się w jego towarzystwie. Był dla mnie jak brat, z którym mogłam bawić się w różne wymyślone i zarazem fantastyczne zabawy.- Skąd taki wybór?
   - Z okna do ziemi są prawie cztery metry. Upadek może bardzo boleć- mruknął, spoglądając na uchylone okno.
   - Mamy jakąś strategię walki?- drążyłam przypatrując się drzwiom, za którymi wciąż stał wpieniony Lou.
   - A i owszem- zaczął tajemniczym tonem.- Otwierasz drzwi, rzucasz się jak pijawka na usta potwora, całujesz go długo i namiętnie, podczas gdy ja uciekam na dół, biorę prowiant z lodówki i spadam do innego wymiaru. Pasuje?- oznajmił, a ja zachichotałam pod nosem.
   - Do którego wymiaru się przeniesiesz?
   - Do tego, gdzie mieszka św. Mikołaj, zrobi ze mnie elfa i do końca życia, będę robił zabawki dla niegrzecznych dzieci.
   - Chyba dla grzecznych- poprawiłam go, a Harry tylko przecząco pokręcił głową, wprawiając w ruch swoje poskręcane włosy.
   - To nie ten wymiar kochanie- zaprzeczył, ponownie wywołując u mnie mały napad śmiechu.- Plan gotowy, czas na realizację- dodał, po czym schował się za szafą stojącą tuż obok drzwi.- Liczę do pięciu- poinformował mnie i wyciągnął przed siebie prawą dłoń z rozłożonymi palcami, a następnie zaczął odliczać.
   Puściłam mu oczko, po czym po cichu podeszłam do drzwi. Kiedy usłyszałam: "pięć" szybkim i zdecydowanym ruchem przekręciłam  klucz w zamku i otworzyłam drzwi. Ujrzałam Lou, który wlepiał we mnie wzrok, podskoczyłam do niego w mgnieniu oka i złożyłam na jego ustach pocałunek, podczas gdy moja prawa ręka dawała znak Hazzie, że może wiać. Moje usta długo nie opuszczały warg chłopaka, który sądząc po napiętej skórze twarzy, nie spodziewał się takiego obrotu sprawy.
   - Nie jesteś zła?- spytał Lou, kiedy się od niego odsunęłam o kilka centymetrów.
   - Byłam, ale Harry poprawił mi humor- oznajmiłam wtulając się w jego tors. W tym samym momencie moja wyobraźnia wysunęła się spod kontroli i sprawiła, że wyobraziłam sobie, że przytulam się do Harrego, który z uśmiechem na twarzy gładzi moje, rozpuszczone, długie włosy. Szybko pozbyłam się tego widoku z głowy i wróciłam do rzeczywistości.
   - Co nie zmienia faktu, że jak go zepsułem- jego głos posmutniał, a ja podniosłam na niego wzrok, stanęłam na palcach i cmoknęłam jego usta.- Za co to?
   - Na poprawę humoru.
   - Tak Harry poprawił twój?- syknął, robiąc krok do tyłu, co jednocześnie spowodowało, że ja wypadłam z jego objęć. W ostatniej chwili uratowałam się przed upadkiem.
   - Jasne, że nie- zaprzeczyłam.- Przestań być tak zazdrosny- dodałam po chwili.
   - Jam mam nie być zazdrosny? Jesteś jedyną atrakcyjną kobietą zapewne w przeciągu kilku kilometrów, a faceci to myśliwi, każdy chciałby upolować taką piękność- dopowiedziała, a ja wywróciłam oczami.
   - Oj Louis, za kogo ty mnie masz?- burknęłam.- Idę się umyć- rzuciłam, chowając się w pokoju.
   - Mogę z tobą?- szepnął mi do ucha, po czym splótł ręce w mojej tali i czule pocałował mały skrawek mojej skóry na szyi.
   - Nie- odparłam stanowczo i sięgnęłam do walizki po kosmetyczkę i ubranie, które od pewnego czasu robiło mi za strój nocny.
   - To nie wykąpię się razem z Harrym- dodał, takim tonem, jakby właśnie się obraził.
   - Harry teraz pakuje prezenty- odparłam wymijając go w przejściu.
   - Że co?- w jego głosie pojawiła się nutka zdziwienia.
   - No prezenty takie dla niegrzecznych dziewczynek. Pewnie jakieś baty, seksowne szpilki, wibrat...
   - Dobra nie kończ- przerwał mi.- Nie wiedziałem, że twój najlepszy przyjaciel i zarazem największa ofiara losu pracuje w seks shopie- dodał, kiedy ja łapałam za klamkę od drzwi łazienki.
   - Tak, ja też nie wiedziałam- rzuciłam do niego i zniknęłam w pomieszczeniu.
   Napuściłam sobie gorącą wodę do wanny, do której również wlałam pięknie pachnący płyn waniliowy, po czym zrzuciłam z siebie ubrania i zamoczyłam się w relaksującej kąpieli. Cały czas myślałam o dialogu, który przeprowadziłam niedawno z Harrym, kiedy byliśmy uwięzieni w sypialni, a spowodowało to, to że co chwilę z moich ust wydostawał się śmiech.
   ***
   Rano obudził mnie tajemniczy zapach. Powoli otworzyłam oczy i sięgnęłam ręką po znajdujący się na szafce nocnej budzik. Była godzina ósma pięćdziesiąt, a mimo to czułam się wyspana. Wygramoliłam się z łóżka, opuściłam bluzkę, która w nocy musiała mi się podsunąć do góry odsłaniając sporą część brzucha. Zerknęłam jeszcze w stronę łóżka mamy Harrego, jednak zastałam pusty materac przykryty, starannie zaścieloną pościelą w kwiaty. Przeciągnęłam się jeszcze niczym kot i zeszłam na parter, z którego dochodził owy zapach. 
   Aromat zaprowadził mnie prosto do kuchni, w której kręciła się Anna. Mruknęłam cicho coś w stylu:"Dzień dobry", po czym przeniosłam wzrok na zastawiony stół. Na środku blatu stał wieli talerz, na którym spoczywały okrągłe placki, sądząc po zapachu były to placki z jabłkami. 
   - Częstuj się- powiedziała kobieta, wskazując na placki.- Bo jak zejdą chłopcy nic ci nie zostanie- dodała, a ja usiadłam na jednym z drewnianych krzeseł i złapałam za dwa z placki, które położyłam na stojącym przede mną granatowym talerzu. 
   Smak był równoznaczny zapachowi. Delektowałam się każdym kęsem, dopóki w kuchni nie pojawił się Harry. 
   Jego swobodnie opadające, mokre włosy, spadały mu na oczy, a czarna koszulka, starannie opinała jego tors. Spojrzał pierw na mnie, a później na talerz z jedzeniem, z którego pochwycił kilka placków, które posypał cukrem i zaczął jeść. 
   - Czytałem, że dzisiaj ma być ponad dwadzieścia pięć stopni- zaczął z pełną buzią. 
   - W takim razie, może weźmiesz Margaret i Louisa na spacer wokół jeziora, przy okazji powiesz im co gdzie jest?- zaproponowała Anna, a Harry tylko kiwnął głową.- Ja muszę podjechać do miasta- dodałam, spoglądając na zegarek który zdobił jej chudy nadgarstek.- O cholera, jestem spóźniona- mruknęła i popędziła w kierunku drzwi. Po chwili rozległ się trzask i zostaliśmy w domu sami we trójkę. 
   - Nie podobało ci się u Mikołaja?- spytałam, spoglądając na Harrego. Na mojej twarzy pojawił się uśmiech. 
   - Portal się nie otworzył- burknął, sztucznie smutnym głosem. 
   - A to pech. 
   - Hej- usłyszałam za plecami głos Lou, który podszedł do mnie, objął moją twarz w dłonie i musnął moje wargi.- Jabłka?
   - Raczej placki z jabłkami- sprostowałam, wskazując na stół. 
   - Pysznie- skomentował i dosiadł się do nas.- Jakie plany na dzisiaj? 
   - Mam pewien pomysł- zaczęłam, a obaj chłopcy spojrzeli na mnie z zaciekawieniem w oczach. 
   - Zaskocz nas- odparł Lou, łapiąc za ostatniego placka z jabłkami. 
   - Co powiecie na zabawę w chowanego?- spytałam. 
   - Przecież to gra dla dzieci- mruknął niezadowolony Harry. 
   - Czyli wprost idealna dla ciebie- dodał Louis z chytrym uśmieszkiem na twarzy.- Mi pasuje. 
   Namówienie Harrego mimo jego początkowego oporu nie zajęło nam dużo czasu. Niecałą godzinę później maszerowałam przez las i szukałam chłopaków, którzy mieli trzy minuty na schowanie się. Mijały kolejne minuty, a ja coraz bardziej zagłębiałam się w las, nigdzie nie mogąc znaleźć ani Louisa, ani Harrego. 
   - Brawo Margaret, masz same trafne pomysły- skarciłam samą siebie, nie przestając maszerować wzdłuż wąskiej ścieżki. 
   - Bu!- usłyszałam zza swoich pleców krzyk, na skutek którego głośne pisknięcie opuściło moje usta. Odwróciłam się momentalnie i dostrzegłam uśmiechniętego...
_____________________________________________________________
   Jak myślicie kogo?
Oto takim rozdziałem żegnam rok 2013 na swoim blogu. Do stycznia niestety nie uda mi się nic napisać, jeśli chodzi o mnie to chcę wam złożyć już życzenia noworoczne :)
   So
Życzę wam szczęśliwego wejścia do Nowego Roku, abyście w 2014 spełniły swoje wszystkie marzenia, bo marzeniom trzeba pomagać się spełniać. Życzę wam dużo miłości, kasy i tego, abyście nie żałowały niczego w swoim życiu :) 

Ps.1. Dziękuję za życzenia świąteczne i 13 komentarzy <3
PS.2. Jestem w trakcie pisania książki, o której więcej możecie dowiedzieć się w grupie na fb. Serdecznie zapraszam. https://www.facebook.com/groups/643216655735806/644786748912130/?comment_id=644819222242216&notif_t=group_comment
Natalia xx

niedziela, 22 grudnia 2013

Rozdział 19

   - Kochanie masz w tej walizce ziemniaki, czy cegły?- z moich rozmyśleń wyrwał mnie głos Louisa, który właśnie przytaszczył moje rzeczy do sypialni.
   - Kamienie- odparłam i podniosłam się z niewygodnego łóżka. Mój wzrok pierw utkwił w Louisie, przemoczonej do ostatniej nitki jego koszulki, po czym z nadzieją wyjrzałam przez okno. Spodziewałam się najgorszego, a to co zobaczyłam okazało się być czymś pozytywnym.
   Deszcz ustał, a zza ciemnych chmur zaczynały się przebijać złociste promienie słońca. Uśmiech niemalże od razu pojawił się na mojej twarzy. Byłam tak zajęta przyglądaniem się uspakajającej się tafli pobliskiego jeziora, że nie usłyszałam jak Louis skrada się w moim kierunku i tylko wzdrygnęłam się, kiedy jego ręce obwinęły się wokół mojej tali.
   - Muszę z tobą porozmawiać z dala od Harrego i jego matki- szepnął mi do ucha, a jego słowa spowodowały, że przez moje ciało przemaszerowały ciarki.
   - Nie oświadczysz mi się, prawda- spytał pół poważnym tonem.
   - Jeszcze nie. Jutro rano dobrze?- zaproponował, a ja w odpowiedzi skinęłam lekko głową.- A jeszcze coś. Lepiej się nie rozpakowuj, w szafach są mole- dodał, po czym musnął ustami moją szyję i wyszedł z pokoju.
   - Mole?- jęknęłam cicho, a mój wzrok momentalnie odszukał szafy. Na sam widok wzdrygnęłam się.
   Toporna drewniana szafa z małymi wgłębieniami w drzwiczkach, ani trochę nie zaprzeczała słowom chłopaka.- Zajebiście- mruknęłam i otworzyłam swoją walizkę, z której wyciągnęłam ładowarkę, którą podłączyłam do kontaktu. W tym samym czasie, gdy wkładałam ją do gniazdka, usłyszałam cichy brzdęk i nagle wokół zapanowała grobowa ciemność.- Ups- wyleciało mi z ust.

   Byłam zażenowana tym miejscem. Tak naprawdę spodziewałam się czegoś sto razy lepszego. W dodatku musiałam jeszcze narażać Louisa na wszelkie katusze związane z tym miejscem i współdzieleniem pokoju z Harrym.
   - Hej- usłyszałam znajomy, męski głos dobiegający z progu wejścia do mojej nowej sypialni.
   - Co tam Harry?- mruknęłam, spoglądając na niego, ze sztucznym uśmiechem, który namalowałam na swojej twarzy.
   - Nie pomyślałaś o tym, że twój chłopak może cię zdradzać?- wypalił po dłuższej chwili ciszy, która zapanowała w pomieszczeniu.
   - Nie. Skąd taki pomysł?- moje oczy się rozszerzyły, a czoło wyraźnie zmarszczyło.
   - Od pół godziny rozmawia z kimś przez telefon, zamknięty w łazience- wyjaśnił, siadając na łóżku należącym do Anny.
   - Szpiegujesz mojego chłopaka?
   - Nie- niemalże wykrzyczał te słowa.- Po prostu chciałem skorzystać z łazienki. A obie są oblegane, w tej tu na piętrze Louis prowadzi jakieś pogaduszki, a w tej na parterze mama bierze długą kąpiel po podróży- odparł, zakładając nogę na nogę.
   - Czyli chcesz mi zasugerować, żebym wyciągnęła go z łazienki, żebyś ty mógł się wysikać?
   - Jak ty mnie dobrze znasz- odparł, a ja zachichotałam pod nosem.- Jestem twoim przyjacielem, a przyjaciołom należy pomagać w potrzebie.
   - Zgoda- mruknęłam, podnosząc się z materaca, który w odpowiedzi zaskrzypiał niemiłosiernie.
   - Masz jakąś strategię?- rzucił loczek, kiedy łapałam za klamkę od drzwi.
   - Ma być bardziej sprośna, czy mniej?- spojrzałam na niego przez ramię.
   - Jestem za wszystkim co sprośne- odpowiedział, a jego oczy zaświeciły się jak najjaśniejsze gwiazdy na nocnym, bezchmurnym niebie.
   - Faceci- szepnęłam sama do siebie i zrobiłam kilka kroków w kierunku łazienki, z której faktycznie dobiegał głos, rozmawiającego Louisa. Zacisnęłam dłoń w piąstkę i zastukałam do drzwi.
   - No?- usłyszałam odpowiedź niemalże od razu.
   - Kochanie- zaczęłam niepewnie, a w głowie wciąż obmyślałam jakiś dobry plan, na wyciągnięcie go z toalety.- Idę nad jezioro popływać z Harrym, wychodzimy za minutę, idziesz też?- to była jedyna dobrze brzmiąca propozycja, która zagościła kilka sekund temu w mojej głowie.
   - Ok to idźcie- odpowiedział, a ja ze zdziwienia rozchyliłam usta.
   - Wspomniałam już, że będziemy pływać nago?
   - Że co!- niemalże nie przywalił mi drzwiami prosto w twarz, gdy je otworzył z prędkością światła. Spiorunował mnie wzrokiem od dołu do góry, po czym się rozłączył i schował telefon do kieszeni spodni.
   - No bez ubrań- ciągnęłam dalej, jednocześnie obserwując jego twarz, która przybierała coraz groźniejszy wyraz.
   - Skąd taki pomysł?- ciągnął dalej.
   - Z książki. Bella i Edward też pływali, co prawda w morzu, bez ubrań...- nie dał mi dokończyć.
   - I co to im dało?
   - Dało im Renesmee- gdy to mówiłam, w głębi duszy powstrzymywałam śmiech, który chciał popsuć całą grozę, wynikającą z naszej rozmowy.
   - Co to Renesmee?
   - Nie co, tylko kto- poprawiłam go, z uśmiechem na twarzy.- To ich dziecko- wyjaśniłam spokojnie, poprawiając sobie włosy, który wysunęły się zza ucha.
   - Ten lokowaty idiota to nie jest dobry potencjał na ojca- skomentował, a ja splotłam swoje palce z jego i pociągnęłam za sobą, prosto do mojego pokoju.
   - Droga wolna- szepnęłam do Harrego, który wciąż siedział w sypialni z nogami założonymi na siebie. Gdy tylko usłyszał moje słowa, gwałtownie podniósł się z miejsca, wyburczał ciche "Dzięki" i popędził do łazienki.
   - To był podstęp, prawda?- spytał Louis, a ja niewinnie skinęłam głową. Gdy jego usta otwierały się, żeby znowu coś powiedzieć, zamknęłam je pocałunkiem. Nasze usta co chwilę się stykały, moje palce kręciły małe kółka na jego skórze na karku, co chwilę zahaczając o kosmyk jego kasztanowych włosów.
   - Chodź ze mną nad jezioro- wymruczałam mu do ucha, gdy tylko pozwoliłam naszym twarzom odsunąć się od siebie o kilka cali.
   - Będziemy pływać bez ubrań?- spytał, po czym delikatnie przegryzł płatek mojego ucha.
   - Nie chcę, żeby ryby oglądały moje cycki- odparłam, a Lou zaśmiał się prawie bezgłośnie.
   - Rozumiem cię, lepiej, żebyśmy pływali w strojach. Słyszałem, że stworzenia żyjące w wodzie, to straszni podglądacze. Czułbym się nieswojo- niespodziewanie pocałował mój policzek.- Za pięć minut na dole, rybko- przejechał jeszcze palcem po moim rozgrzanym policzku, a następnie wyszedł z pokoju, zamykając za sobą drzwi.
   Podeszłam do otwartej walizki, z której wysypywały się moje rzeczy i zaczęłam w niej grzebać w poszukiwaniu swojego czarnego bikini zakupionego kilka dni temu. Upłynęły trzy minuty, zanim udało mi się odnaleźć strój. Chwyciłam go w dłonie i wyjrzałam z pokoju w stronę łazienki, która wciąż była zajęta przez Harrego. Westchnęłam cicho, schowałam się z powrotem w głąb sypialni, chowając się za szafą. Zsunęłam z nóg spodnie, a następnie bieliznę, zastępując ją czarnymi majtkami od bikini. To samo zrobiłam z zastąpieniem białego stanika, czarnym, wykonanym ze śliskiego materiału. Zebrałam porozrzucane ubrania z ziemi, po czym cisnęłam je do torby. Zarzuciłam jeszcze na wierzch ciała zwiewną, dziewczęcą i niepasującą kompletnie do mojego stylu sukienkę i wyszłam na korytarz, a następnie zbiegłam po schodach.
   Przy drzwiach frontowych czekał na mnie Louis, którego ciało przykrywały tylko krótkie zrobione z ciemnego jeansu spodnie. Jego tors był zupełnie nagi. Na jego widok przegryzłam dolną wargę i podeszłam do niego.
   - Jesteś piękna- odparł, okręcając mnie wokół własnej osi.
   - Nie działają na mnie takie komplementy- skłamałam, bo tak naprawdę, te dwa słowa, wypowiedziane przez niego przed chwilą wywołały u mnie małą palpitację serca.- Chodźmy- pospieszyłam go, splotłam nasze dłonie w jedno i wyszłam przed dom.
   Na dworze zrobiło się cieplej, ale mimo to w powietrzu unosił się zapach deszczu zmieszanego z ziemią. Chmury sunęły po niebie, odsłaniając coraz to większą jego część. Natomiast dzięki promieniom słonecznym, było jaśniej, niż kilka godzin temu, gdy tu przyjechaliśmy.
   Maszerowaliśmy wtuleni w siebie wąską ścieżką prowadzącą nad jezioro, rozmawiając o najśmieszniejszych historiach, które miały miejsce w naszym życiu. Temat naszej pogawędki, przyczyniał się do tego, że co chwilę któreś z nas wybuchało śmiechem. Po raz pierwszy usłyszałam, żeby ktoś gotował makaron, nie wyjąwszy go z opakowania.
   - Miałem wtedy pięć lat- tłumaczył się.- Przecież to oczywiste, że pięciolatki nie są zbyt inteligentne- powiedział, a w tym samym czasie nasze gołe stopy poczuły pod sobą piasek. Nieco inny niż ten morski, ale inny niż grunt, po którym stąpaliśmy do tej pory. Ciemnobrązowy piasek, wciąż był wilgotny i zimny od deszczu.
   - Kto pierwszy w wodzie dostaje masaż od ostatniego- krzyknął Louis i zaczął odpinać guzik swoich spodni. Szybko zrzuciłam z siebie sukienkę i zaczęłam biec w stronę wody, podczas gdy Lou wciąż męczył się ze swoimi spodniami. W pewnym momencie usłyszałam zza sobą kroki, więc bez zastanowienia  przyspieszyłam. Już miałam zamoczyć nogę w jeziorze, kiedy Louis, złapał mnie z tyłu i z łatwością wziął mnie na ręce, a następnie wbiegł do wody. Duże krople rozbijały się o moje jeszcze suche ciało. Zapiszczałam cicho, gdy Louis rozluźnił uścisk, a ja spadłam prosto do wody, która wcale nie była ciepła.
   - Głupek- warknęłam na niego, krztusząc się wodą która dostała się do mojego organizmu.
   - Może i głupek, ale za to jaki przystojny, każda dziewczyna o mnie marzy- puścił do mnie oczko, a następnie zniknął gdzieś pod taflą wody. Podczas gdy ja stałam jak wryta z otwartymi szeroko oczami. Ułamek sekundy później poczułam coś pod sobą. Czułam też jak coś zaplata się wokół moich nóg, a następnie, jak gwałtownie odrywam się od ziemi. Znalazłam się na barana u Louisa, oparłam swoje dłonie na jego mokrych włosach. Jedynie moje stopy zamoczone były pod wodą. Reszta ciało górowała nad Lou. Kiedy powiew wiatru otarł się o moje plecy, w mgnieniu oka cała się zatrzęsłam, z zimna, które mnie ogarnęło.
   - Puść mnie do cholery!- warknęłam na Louisa i niemal od razu pożałowałam tych słów, chłopak uwolnił moje nogi z uścisku, a ja straciłam równowagę i przeleciałam za jego plecami, ponownie cała zanurzając się w jeziorze. Odbiłam się od dna i wypłynęłam na powierzchnię.
   - Nie strasz mnie tak dziewczyno- powiedział Louis, spoglądając na mnie z przerażeniem w oczach.
   - To ty mogłeś to zrobić ostrożniej- prychnęłam na niego. Czułam ból w plecach, które źle zareagowały na tak niespodziewane zetknięcie z wodą.
   - Czyli to wszystko moja wina?- podniósł głos.
   - Nie pchałam się na twoje plecy!
   - Ale ci się to podobało, zawsze dziewczynom podobają się takie zabawy.
   - Tak, oczywiście. Pragnęłam od dziecka, żeby ktoś wziął mnie na barana. Dzięki, że spełniłeś moje marzenia- warknęłam na niego i zaczęłam podążać w kierunku brzegu.
   - O co ci chodzi?- złapał mój nadgarstek i pociągnął w swoją stronę, tak jakby chciał urwać mi rękę.
   - O gówno- wyrwałam się z jego uścisku i pobiegłam prosto na plażę, chwyciłam za sukienkę, którą pozostawiłam na plaży i zaczęłam szybko maszerować w stronę domu.
   - Stój!- słyszałam jego głos za swoimi plecami, jednak nie miałam ochoty reagować w żaden sposób na jego słowa.- Stój powiedziałem!- warknął o trzy tony głośniej niż za pierwszym razem. Stanęłam i obejrzałam się za siebie. Zacisnęłam piąstki i wzięłam głęboki wdech.
   - Kim ty kurwa jesteś, żeby mi mówić co mam robić?! Znajdź sobie dziewczynę taką jak wszystkie inne- wykrzyczałam do niego tak głośno, na ile pozwoliło mi na to moje gardło.
   - O czym ty mówisz?!- zaczął iść do mnie, ale ja szybko zrobiłam w tył zwrot i pobiegłam do domu Stylesów.
   Nie oglądając się za siebie, wbiegłam po schodach na piętro, chwyciłam akurat przechodzącego przez korytarz Harrego i wepchnęłam go do pokoju mojego i Anny, zamknęłam z trzaskiem za sobą drzwi i przekręciłam kluczem w zamku.
   Zakryłam oczy dłońmi i osunęłam się po drzwiach prosto na podłogę. Starałam się złapać oddech, ale uniemożliwiał mi to Louis, który zaczął walić jak oszalały w drzwi, które drżały w framugach.
   - Co się stało?- spytał Harry, a na jego twarzy balowało się przerażenie, niczym u małego dziecka.
_______________________________________________________________________
  Znowu się powtórzę, ale taki średni mi wyszedł ten rozdział, a że obiecałam dodać coś przed świętami więc dodaję :)
 1. Mam do was pytanie. Czy może jakaś osoba byłaby zainteresowana, gdybym wydrukowała książkę, którą piszę. Jest to fantasy dla młodzieży? :) Jakby ktoś chciał się dowiedzieć czegoś więcej to kontakt albo na fb, albo na gg badz na asku http://ask.fm/GobyPlane

PS.
Chciałabym wam życzyć radosnych świąt, w miłym gronie. Wielu prezentów, pysznego jedzonka, koncertu One Direction, spełnienia marzeń i wszystkiego o czym tylko sobie zamarzycie. :) Wesołych Świąt kochane i dużo miłości, żeby wasze życie było jak z bajki :)
xx

środa, 18 grudnia 2013

Rozdział 18

   - Ma ktoś ochotę na bajgla?- od poszukiwań portfela odciągnął mnie znajomy głos. W jednej sekundzie moje serca zaczęło walić jak szalone, a gdy tylko podniosłam wzrok na Louisa, który z głupkowatym uśmieszkiem na twarzy stał w progu wejścia do przedziału, a w prawej opuszczonej wzdłuż ciała ręce trzymał szarą, papierową torbę. Moje oczy zapłonęły, a ciało zerwało się na równe nogi.
   - Poczęstuj naszych znajomych pączkami, a sam chodź ze mną, muszę z tobą porozmawiać- odparłam cicho, po czym wyjęłam z jego zaciśniętych palców paczkę i rzuciłam nią na najbliższe siedzenie. Chwyciłam nadgarstek chłopaka i pociągnęłam za sobą na zewnątrz przedziału. Prowadziłam go na sam koniec wagonu, gdzie w końcu odwróciłam się do niego przodem.
   - O co chodzi?- spytał niewinnie, w odpowiedzi dostał w policzek moją trzęsącą się dłonią. Pod wpływem niespodziewanego ciosu twarz Louisa przekrzywiła się lekko w prawo. Uniósł brwi i skierował wzrok na mnie. Szykowałam się do następnego ciosu, lecz gdy moja ręka zbliżała się do jego zaróżowionego policzka, zatrzymał ją gwałtownym ruchem.- Może mi wyjaśnisz za co tak zawzięcie mnie okładasz pięściami?- spytał, trzymając w kurczowym uścisku moje oba, pulsujące nadgarstki.
   -Zostawiłeś mnie samą. Poszedłeś sobie, nie mówiąc ani słowa i nie odbierałeś telefonu- wykrzyczałam ile sił w płucach.- Martwiłam się o ciebie- dodałam już znacznie ciszej, po czym zbliżyłam się do Louisa i wtuliłam swoją twarz w jego tors, spod którego czułam bicie jego serca.
   - Nie musisz się o mnie martwić, jestem twardszy od skały- powiedział, odgarniając kosmyk włosów z mojej twarzy i założył go za moje ucho.- Nie znaczy to jednak, że możesz traktować mnie jak worek treningowy- musnął ustami moje odsłonięte czoło.
   - Nie rób tego więcej- mruknęłam do niego, a następnie odsunęłam się od jego ciała, wplotłam palce w jego dłoń i pociągnęłam za sobą.- Nie chcę cię już nigdy więcej puszczać- powiedziałam cicho, ledwo słyszalnie.
   - Wolałbym się załatwiać w samotności, ale skoro nalegasz- zachichotał, a ja spiorunowałam go wzrokiem.
   - Nie jesteś romantykiem, Tomlinson- mruknęłam przed wejściem do naszego przedziału.
   - A jeśli nakarmię cię bajglem, będę romantykiem?- otworzył przede mną rozsuwane drzwi, przez których próg wślizgnęłam się do środka.
   Harrego nie było, a jego mama smacznie sobie spała, rozłożona na trzech siedzeniach. Na ten widok odetchnęłam z ulgą i usiadłam na wolnym fotelu. Obok mnie usiadł Lou, na którego kolanach się położyłam i wlepiłam wzrok w jego czujne oczy, wyglądały, jakby czegoś szukały.
   - Wiesz jak pięknie jest w Hiszpanii?- zaczął, kiedy dostrzegł, że cały czas się w niego wpatruję z delikatnym uśmiechem na ustach.
   - W Anglii też jest ładnie- odburknęłam, wyobrażając sobie bezchmurne niebo, opalonych ludzi maszerujących na plaże z ręcznikami pod pachami i przystojnych Hiszpanów z uroczym zarostem.
   - O czym myślisz?- wyrwał mnie z krainy marzeń.
   - O przystojnych Hiszpanach, uśmiechających się do mnie o ich kilkudniowym zaroście i brązowych oczach- znowu poniosła mnie wyobraźnia.
   - Zmiana planów, nie jedziemy do żadnej Hiszpanii- zaprotestował Lou, a ja cicho, prawie bezdźwięcznie zachichotałam.- Przecież nie lubisz zarostu u mężczyzn- zszedł nieco z tematu.
   - Nie lubię twojego wąsa- mruknęłam, po czym zacisnęłam palce na jego koszulce, podniosłam się do jego twarzy, a kiedy Louis zamknął oczy, żeby mnie pocałować, w jednej chwili ponownie opadłam na jego nogi.- Widzisz twój wąs sam mnie od ciebie odpycha- powiedziałam, wyciągając się na jego kolanach.
   - Jesteś okropna- skomentował.
   - Sam mnie tego uczysz- odpyskowałam, a Louis zmrużył oczy, po czym pochylił się nade mną i złożył pocałunek na moich ustach, co spowodowało, że przez moje ciało przeszedł przyjemny dreszcz.
   - Zimno ci?- szepnął mi do ucha Louis, a ja przecząco pokręciłam głowę i przyciągnęłam go do siebie.
   - Dobranoc- mruknęłam i położyłam się wzdłuż wolnych foteli i zamknęłam oczy.
   Mimo że go nie widziałam, byłam pewna, że chłopak właśnie się we mnie uważnie wpatruje. Po prostu czułam jego wzrok na swojej twarzy. Nie byłam śpiąca, ale nie chciało mi się rozmawiać, nawet z Louisem. Nie chciałam zasnąć, ale tak jakoś się złożyło, że przysnęłam zupełnie się tego nie spodziewając.
   Obudził mnie pocałunek Louisa. Kiedy on delikatnie całował moje usta, ja z wciąż zamkniętymi oczami wsunęłam palce w jego rozczochrane włosy, aby zatracić się w pocałunku.
   - Bardzo romantycznie, ale musimy wysiadać- do mojej głowy dotarł głos Harrego. Dopiero wtedy przypomniałam sobie gdzie właściwie jesteśmy. Niemalże od razu otworzyłam szeroko oczy i odskoczyłam od Louisa, jednocześnie spadając tyłkiem prosto na podłogę.
   - Zakochani- usłyszałam komentarz Anny, po czym rozejrzałam się dookoła i podniosłam do pionu. Ziewnęłam głośno, a wtem pociąg ostro zahamował, a moje bezwładne ciało poleciało wprost na Harrego, który w porę uchronił mnie od kolejnego, niemiłego kontaktu z ziemią. Nasze twarze dzieliło zaledwie kilka cali, a jego zielone oczy, tonęły w moich. Czułam jego oddech na czubku nosa. Dostrzegałam także smutek, który zawładnął mimiką jego twarzy o ostrych rysach, które teraz jeszcze bardziej się uwidoczniły. Odchrząknęłam i odsunęłam się od Hazzy, poprawiając sobie bluzkę, która nieco podwinęła się do góry, kiedy loczek podtrzymał mnie w swoim uścisku.
   - Możemy iść?- wychrypiał Louis, opierając się o dwie walizki. Nikt nie odpowiedział na to pytanie, tylko wszyscy po kolei opuściliśmy przedział, a następnie wygramoliliśmy się z pociągu.
   Gdy tylko postawiłam nogę na peronie, moje oczy zwariowały. Tysiące białych świateł oślepiły mnie na kilka sekund. Zamrugałam szybko powiekami i sytuacja odrobinę się polepszyła. Teraz dostrzegałam kontury moich znajomych, widziałam też zarys wielu innych ludzi, maszerujących wzdłuż peronu numer siedem. Błądziłam jeszcze wzrokiem, kiedy znajoma dłoń zacisnęła się na mojej piąstce. Odruchowo odwróciłam się w stronę Louisa, który się do mnie szeroko uśmiechnął. Złapałam za rączkę swojej walizki i ruszyłam w stronę wyjścia zaraz za panią Styles i jej synem.
   Gdy wyszliśmy z budynku powitała nas niespodziewana, deszczowa pogoda. Drobne krople wody rozbijały się o kostkę brukową i kolorowe parasole przechodniów. Ten widok, spowodował, że w mojej głowie pojawił się widok słonecznej Hiszpanii. Na samą myśl o trzydziestu stopniach w cieniu jęknęłam i spojrzałam na Louisa, który też nie był szczególnie zadowolony z tego co widział.
   - No trudno weźmiemy taksówkę- mruknęła Anna i zaczęła schodzić po schodach, a na jej głowę spadły pierwsze krople deszczu.
   Co prawda do miejsca naszego zakwaterowania z dworca było zaledwie trochę ponad dziesięć minut, jednak pogoda ani trochę się nie poprawiła. Do samego domu, Stylesów taksówka nas nie dowiozła, więc byliśmy zmuszeni przemaszerować kilkaset metrów moknąc i do tego ciągnąc za sobą walizki, które teraz wydawały się wyjątkowo ciężkie i toporne.
   Domek był drewniany i na pierwszy rzut oka bardzo mały. Mieścił się niemalże przy samym jeziorze, sięgającym swoją powierzchnią naprawdę daleko. Wracając do chatki, z zewnątrz wyglądała bardzo zwyczajnie. Duże okna z białymi ramami i drewnianymi parapetami, przyozdobionymi fioletowymi, drobnymi kwiatkami, Drzwi frontowe były wykonane z ciemniejszego drewna niż ściany, co odróżniało je od całej reszty. Do tego spadzisty drewniany dach, po którym spływały strugi deszczówki.
   - Zapraszam- powiedziała Anna, po tym jak otworzyła przed nami drzwi, przez które szybko wślizgnęliśmy się do środka.
   W jednej chwili moje ciało otuliło przyjemne ciepło, płynące z wnętrza domu. Wewnątrz panowała przyjemna atmosfera, w powietrzu unosił się zapach herbat i cynamonu. Na jasnych ścianach korytarza wisiały małe obrazki, przypominające rysunki dziecka, które właśnie dostało zestaw kredek świecowych. Wertowałam każde dzieło po kolei, a moje zachowanie dostrzegła Anna.
   - To prace Harrego z podstawówki- oznajmiła Anna, a na jej twarzy zagościł uśmiech.
   - Marny z ciebie Picasso- zwróciłam się do Harrego, który właśnie zdejmował ze stóp przemoczone buty.    - Nie narysowałabyś lepszych- odburczał.- To są działa sztuki, Picasso, się przy mnie chowa- dodał.
   - Pochowany to on już jest dawno- skomentował Louis, który również przyglądał się malunkom z wymalowanym rozbawieniem na twarzy.
   - Pokażę wam pokoje- wtrąciła się Anna, przerywając nasze spostrzeżenia. Niechętnie ściągnęłam swoje buty i zaczęłam wspinać się po skrzypiących schodach na piętro.- Tu jest łazienka- wskazała palcem na najbliższe drzwi.- Tu jest pokój chłopaków- pokazała na kolejne drzwi na samym końcu korytarza.- A tu nasze.
   - Mam spać z Harrym w jednym łóżku?- zbulwersował się Louis, obejmując mnie rękoma w tali.
   - Nie w jednym łóżku, ty będziesz spał na łóżku, a Harry na materacu- wytłumaczyła Anna, co ani trochę nie spodobało się Louisowi.
   - Mamo!- mruknął Harry, który zdążył już wnieść walizkę na piętro.- Ta kanapa ledwo stoi- dodał znużonym tonem.
   - Możesz spać na ziemi. Koniec marudzenia- szczególnie zaakcentowała drugie zdanie, po czym przepchnęła się przez nas i pomaszerowało na dół.
   - Zajebiście- skomentował cicho Lou, a jego oddech otulił moją odsłoniętą szyję.- W Hiszpanii mam łóżko o wymiarach dwa metry na dwa metry i łóżko wodne w drugim pokoju- szepnął mi na ucho, a moje źrenice się rozszerzyły.
   - Będzie fajnie- mruknęłam w taki sposób jakbym sama nie wierzyła w to co mówię.
   Wzdychnęłam głośno i weszłam do pokoju wyznaczonego dla mnie przez Anne. W środku było paskudnie. Białe meble ślepiły moje oczy, a różowa pościel w wielkie kwiaty  na obu łóżkach tylko pogarszała obraz wizualny, ukazany przede mną. Wszędzie gdzie się nie obejrzałam widziałam liczne motywy z różami, tulipanami i innym zielskiem. Czułam się jakbym zaraz miała zwymiotować tym wszystkim.
   - Kochanie!- krzyknęłam nie wychodząc z pokoju.
   - Tak?- w tym samym czasie odezwali się i Louis i Harry, na co ja wywróciłam oczami i poczekałam, aby zobaczyć jak sytuacja dalej się potoczy.
   - Wydaje mi się, że ona zawołała kochanie, a nie przydupasie- odkrzyknął Louis i wszedł do mojego pokoju.- Ble- skomentował wygląd pomieszczenia, w którym się znaleźliśmy.- Co chciałaś? Pomijając fakt, że na pewno chciałaś sobie na mnie popatrzeć- puścił mi oczko i zrobił kilka kroków moim kierunku.
   - Przyniesiesz mi walizkę?- powiedziałam z uśmiechem na twarzy. Lou głośno wzdychnął i zniknął za progiem sypialni. Ściągnęłam bluzę i położyłam się na jednym z łóżek i niemal od razu poczułam jak jedna ze sprężyn wbija się w mój kręgosłup. Gdy poczułam lekkie ukucie od razu przypomniałam sobie słowa Louisa dotyczące Hiszpanii.
____________________________________________________________________
Mam nadzieję, że taka długość bardziej wam opowiada. Pewnie z czasem wszystko się rozkręci.
Dziękuję za poprzednie komentarze, proszę o kolejne :)
Jakieś pytania? Zawsze chętnie odpowiem- http://ask.fm/GobyPlane
Ps. Nie piszę Wesołych Świąt, bo mam nadzieję, że jeszcze przed świętami pojawi się tu jeszcze jakiś rozdział jeśli chcecie :)  xx

czwartek, 12 grudnia 2013

Rozdział 17

   - Margaret! Powinniśmy już wychodzić- pośpieszył mnie Louis, kiedy kończyłam malować oczy maskarą.
   - Jeszcze pół minuty- odkrzyknęłam z łazienki. Zamknęłam tusz, przeczesałam włosy palcami i wyszłam na korytarz, gdzie Louis ze znudzoną miną opierał się o dwie zapakowane po brzegi walizki. Na mój widok uniósł lekko głowę, a na jego twarzy pojawił się uroczy uśmiech.- Obiecasz mi coś?- spytałam, łapiąc za własną torbę.
   - Tobie obiecam wszystko- mrugnął do mnie jednym okiem.
   - Jak dojedziemy na miejsce zgolisz tego paskudnego wąsa- powiedziałam wytykając do niego język.
   - Nie podoba ci się mój zarost?- uniósł brwi, po czym zbliżył się do mnie, objął mnie jedną ręką w tali i pocałował mój policzek, szorując rzadkim wąsem po mojej skórze.
   - Złośnik- skomentowałam, robiąc krok w tył.- Wychodzimy już- pospieszyłam go i otworzyłam drzwi frontowe, za którymi dostrzegłam Harrego z plecakiem na ramionach zimową czapką na głowie, a ubrany był w niezapiętą do końca, ciemnogranatową koszulę w kratę i obcisłe jeansy, natomiast na nogach miał czarne Converse. Jego styl ubierania się zupełnie różnił się od stylu Louisa, który preferował proste, najczęściej ciemne koszulki i również czarne spodnie z głębokimi kieszeniami, a do tego ciemne, potężne buty, przypominające glany lecz nie tak toporne.
   - Gotowa?- spytał loczek wbijając swój wzrok we mnie, tak jakby stojącego kilka metrów za mną Louisa w ogóle nie było w pokoju.
   - Tak jesteśmy gotowi- odparłam i w jedną dłoń chwyciłam rączkę swojej walizki, a w drugą ciepłą rękę Lou.
   Wszyscy troje udaliśmy się do windy i w zupełnej ciszy zjechaliśmy na parter bloku. Na parkingu stała mama Hazzy, która pakowała do bagażnika, srebrnej Toyoty kolejne pakunki. Anna była zjawiskowo piękną kobietą. Mimo swojego wieku wyglądała na dwudziestolatkę. Ciemnobrązowe włosy swobodnie otulały jej szyję, a przylegające do jej ciała ubrania, doskonale podkreślało jej wąską talię i chude nogi. Niejedna dziewczyna w moim wieku chciałaby wyglądać tak jak ona.
   - Cześć dzieciaki- powitała nas serdecznie, kiedy stanęliśmy u jej boku, a następnie wrzuciliśmy nasze kolorowe walizki do środka samochodu.
  
   W zaledwie pół godziny dojechaliśmy na dworzec, z którego mieliśmy, pociągiem wyruszyć do małej miejscowości, znajdującej się w głębi Anglii nad jezioro, którego nazwa chyba na dobre wyleciała z mojej głowy.
   - Będzie sztywno- szepnął mi na ucho Louis, kiedy oczekiwaliśmy na przyjazd pociągu.
   - Zrobimy wszystko, żeby tak nie było- sprostowałam i cmoknęłam jego usta.- To dobra okazja do spędzenia czasu razem- dodałam odsuwając się o kilka milimetrów od jego twarzy.
   - Ale tak jakby co, możesz się jeszcze rozmyślić z tej jakże ciekawej wycieczki, a ja porwę cię do Barcelony...- urwał w połowie.
   - Czemu akurat do Barcelony?- spojrzałam na niego ciekawsko.  
   - Moi rodzice mają dom w Barcelonie- oznajmił, a jego słowa spowodowały, że moje usta mimo woli się rozchyliły.
   - Nigdy nie mówiłeś.
   - Bo nie miałem okazji- odpowiedział i niemalże w tym samym czasie rozległ się huk, a w oddali pojawił się pociąg, sunący w naszym kierunku.
  
                                                                       ***

   Dokładnie piętnaście minut później siedzieliśmy już w naszym przedziale, którego znalezienie zajęło nam sporo czasu. Mama Harrego, siedząca naprzeciw Lou cały czas wertowała go wzrokiem, jakby był przestępcą. Co prawda Louis nie wyglądał jak grzeczny chłopaczek, jakim można było nazwać Harrego. Louis po prostu wyglądał jak buntownik, a jego kilkudniowy zarost wcale nie poprawiał jego sytuacji, a wręcz ją pogarszał.
   - Jak się poznaliśmy?- w końcu z ust mamy Harrego wydostało się na pozór niewinne pytanie. Harry uniósł brwi i przeniósł swój wzrok zza okna na mnie i na Louisa.
   - Poznaliśmy się na koncercie- wydukałam po chwili. Co z tego, że kupowałam wtedy od niego marihuanę, co z tego, że kilka dni później zranił moją rękę i Harrego, że śledził mnie na każdym możliwym kroku. To wszystko wróciło do mojej głowy w jednej sekundzie.- Długo już jesteście razem?- czułam się jak na komisariacie, a dokładniej w sali przesłuchań świadków, bądź przestępców.
   - Nie- tym razem postanowił odpowiedzieć Louis. Sądząc po minie Anny, jego krótkie nie wcale jej nie usatysfakcjonowało.
   Cały ten mini wywiad przerwała kobieta, która akurat przystanęła przy naszym przedziale. Przed nią stał metalowy wózek, a na nim termosy, koszyki i pudełka. Zaproponowała nam kawę, bądź herbatę. Każde z nas po krótkim namyśle zdecydowało się na kubek gorącej herbaty i słodką babeczkę do tego.
   W obawie przed kolejnym pytaniem ze strony Anny wzięłam łyk swojego napoju i momentalnie tego pożałowałam. Mój język w ułamku sekundy zapłonął, a ja cicho syknęłam.
   - Co się stało?- od razu zareagował Louis, a na jego słowa, swoje wzroki wbili we mnie również Hazza i jego mama.
   - Oparzyłam się w język- mruknęłam, odstawiając kubek na półkę pod małym, kwadratowym oknem.- Pójdziesz ze mną do łazienki?- spytałam Louisa, który skinął głową i podniósł się z fotela, po czym przepuścił mnie w drzwiach.
   - Mam plan- szepnął do mnie, kiedy zasunęłam drzwi przedziału, w którym zostawiliśmy loczka i Anne.
   - Proszę nie odcinaj mi języka.
   - I moje najskrytsze marzenia poszły się gonić- zażartował.- Dobra, a tak na poważnie. Wrócę po nasze walizki, ty poczekasz na mnie przy najbliższych drzwiach, a gdy pociąg zatrzyma się na najbliższej stacji, spierdalamy, wracamy do Londynu, bukujemy bilety na samolot do Hiszpanii i cieszymy się słońcem- wyjaśnił, w pełni poważnym głosem.
   - Nie żartuj sobie- skomentowałam i złapałam za klamkę od drzwi toalety.
   - Jestem w pełni poważny- odparł, a ja posłałam mu lekceważące spojrzenie i weszłam do małej kanciapy. Nalałam sobie trochę zimnej wody na dłoń, z której zrobiłam coś na wzór łódki i zamoczyłam w cieczy swój pulsujący język i niemal od razu poczułam ulgę, która ogarnęła moje ciało.
   - Utopiłaś się tam?- nagle rozległo się pukanie do drzwi, a w moich uszach zabrzęczał chrapliwy głos Louisa.
   - Właśnie topię się we własnej ślinie- odburknęłam na tyle głośno, aby usłyszał to chłopak stojący po drugiej stronie ściany.
   - To obleśne- skomentował, a ja zachichotałam co spowodowało prawdziwe zakrztuszenie się wodą, do której znowu wsadziłam język.- Lepiej wyjdź już stamtąd, bo naprawdę zrobisz sobie krzywdę.
   Spojrzałam przelotnie w lustro, poprawiłam sobie długie włosy i opuściłam małą toaletę. O dziwo miałam nadzieję, że przede mną będzie stał Louis, z rozmierzwionymi, kasztanowymi włosami i chytrym uśmieszkiem na twarzy. Jednak przeżyłam rozczarowanie. Kilka metrów dalej stała jakaś kobieta rozmawiająca przez telefon w innym, nieznanym mi języku, poza nią nikogo więcej nie widziałam. Zdecydowałam się chwilę poczekać na chłopaka, przecież może on sam poszedł skorzystać z toalety, albo poszedł do innego wagonu zatelefonować.
   Spoglądałam to na wyświetlacz swojego telefonu, to na widoki pędzące tuż za oknem, bądź na kobietę, która wciąż zawzięcie dyskutowała przez komórkę. Z minuty na minutę stawałam się coraz bardziej zdenerwowana. Przecież faceci załatwiają swoje potrzeby fizjologiczne w kilka sekund, a Louis nie pojawiał się od jakiś ośmiu minut. W końcu postanowiłam do niego zatelefonować, jednak po kilku sygnałach włączyła się poczta głosowa.
   - Jeśli to twój kolejny głupi żart rozszarpię cię gołymi rękami- mruknęłam sama do siebie i skierowałam się w stronę naszego przedziału. Na miejscu okazało się, że też nie ma w nim Louisa. Zanim weszłam do Harrego i Anny, jeszcze raz spojrzałam na wyświetlacz telefonu, na którym nie było nic wskazującego na jakikolwiek kontakt od Louisa. Wzdychnęłam cicho i weszłam do przedziału. Zdziwienie malowało się również na twarzach dwójki siedzącej naprzeciw mnie.
   - Gdzie Louis?- spytała ciekawska Anna.
   - Wyskoczył przez okno?- wtrącił, z nadzieją w głosie Harry, a ja pokręciłam natychmiast głową na boki.
   - Jest w toalecie, za moment przyjdzie- skłamałam, odwracając wzrok w stronę okna.
   - Nie czekałaś nie niego?- kolejne pytanie, skierowano w moją stronę.
   - Właściwie to wysłał mnie po portfel- sądząc po moim głosie, moje kłamstwa brzmiały tak autentycznie. W jednej sekundzie podniosłam się na równe nogi i sięgnęłam po granatowy plecak Lou i zaczęłam w nim szperać, w nadziei, że znajdę w nim portfel, albo coś podobnego, aby cała ta sytuacja nie wydała się moim towarzyszą dziwna.
____________________________________________________________________

   *** Ba dum jest i rozdział.
Ps. Dziękuję za poprzednie 12 komentarzy <3
Ps.2. Będę wdzięczna za komenta również pod tym rozdziałem, mimo że trochę przynudza.
XX

sobota, 7 grudnia 2013

Rozdział 16

   - Zapomniał. Oczywiście, że zapomniał- jęknęłam pod nosem, po tym jak któryś z kolei raz zerknęłam na ekran telefonu. Zbliżała się północ, a Louis chyba nie miał zamiaru pojawić się w moim mieszkaniu.
   Nie licząc na nic chwyciłam za moją piżamę i ruszyłam wprost do łazienki. Zrzuciłam z siebie ubrania i w ekspresowym tempie wskoczyłam pod prysznic, gdzie pozwoliłam ciepłej wodzie spływać po mojej bladej skórze.
   Miałam nadzieję, że gdy tylko pociągnę za klamkę zobaczę gdzieś we wnętrzu swojego mieszkania Louisa, spoglądającego na mnie tym swoim nonszalanckim wzrokiem, delikatnie uśmiechającego się na mój widok, albo przegryzającego w tak seksowny sposób dolną wargę. Marzyłam o takim widoku. Jednak gdy tylko wyszłam za próg doświadczyłam zupełnego rozczarowania. Mieszkanie było puste, jedynie firana w sypialni lekko powiewała, pod wpływem wiatru, który przez otwarte okno wpadał do pokoju. Powietrze cicho opuściło moje usta, a ja zgasiłam wszystkie palące się światła w mieszkaniu, a następnie wgramoliłam się do łóżka, nasunęłam kołdrę na swoje, pulsujące po prysznicu ciało i przymknęłam powieki.
                                                                           
                                                                           ***

   - Louis przestań- wrzasnęłam na chłopaka, który właśnie pchnął bezbronnego Harrego na trawę.- Louis proszę- powtórzyłam i próbowałam go odciągnąć od leżącego na ziemi loczka, w którego Lou co chwilę wymierzał ciosy.
   - Nie broń go! Zasłużył sobie na to- zwrócił gniewny wzrok na mnie, a jago oczy przybrały ciemną barwę, a ja uciekłam wzrokiem wprost z twarzy Louisa, na pokiereszowaną twarz Hazzy. Był nieprzytomny, jego oczy były zamknięte, z nosa spływała krew, a na jasnych policzkach zaczynały pojawiać się różowe plamy.
   - Zabijesz go idioto- zacisnęłam palce na jego zielonej koszulce i pociągnęłam do tyłu, jednak chłopak ani drgnął. Wymierzył kolejny cios w bezwładną twarz loczka. O moje uszy obiło się ciche jęknięcie, a ja osunęłam się na ziemię.- Nienawidzę cię!- wykrzyczałam z ziemi, zgniatając w dłoniach kamienie, którymi po chwili cisnęłam w Louisa.
   - Chcesz dołączyć do przyjaciela, a nie przepraszam, lepszym określeniem będzie kochanek- nigdy nie widziałam go tak agresywnego, jego tęczówki płonęły, szczęki zaciskały się, uwydatniając jego kości. Nie zauważyłam kiedy jego ręka powędrowała ku mojej twarzy, a w mojej głowie zapanowała ciemność.

   Obudziłam się we własnym łóżku, zalana potem i ze łzami w oczach. Moje serce waliło gdzieś w mojej piersi jak szalone, a rozchylone usta drżały.
   - Hej, co się stało?- usłyszałam znajomy głos, a gdy oświetliłam pomieszczenie telefonem, zobaczyłam kto leży obok mnie. Był to Louis, a na sam jego widok, odsunęłam się od niego, źle jednak wymierzyłam możliwości własnego łóżka i spadłam z niego.- Wszystko okay?- posłał mi ciekawskie i nieco przestraszone spojrzenie, a jego ręka powędrowała w moją stronę.
   - Zostaw mnie!- warknęłam na niego cofając się na czworaka.- Jesteś potworem- wrzasnęłam podniosłam się na nogi i popędziłam do łazienki, w której się zamknęłam na klucz i skulona usiadłam w kącie pomieszczenia. Podwinęłam nogi pod brodę i zaczęłam cicho płakać, pozwalając łzom bezkarnie spływać po moich policzkach.
   - Margaret! Otwórz i powiedz mi do cholery co się do diabła stało!- oprócz słów, które zabębniły w moją głowę, słyszałam jeszcze jak Lou bez opanowania walił pięściami w drzwi.
   - Idź stąd- odburknęłam przez łzy, jednak za cicho, żeby moje słowa mogły przebić się przez jego dobijanie się do łazienki.
   Zacisnęłam dłonie w pięści, tak mocno, że poczułam jak paznokcie wbijają mi się w skórę. W mgnieniu oka poderwałam się do góry, jednak zrobiłam to zbyt szybko i obraz przed moimi oczami na chwilę zrobił się zupełnie czarny. Gdy tylko odzyskałam wzrok podskoczyłam do drzwi, które tak szybko jak tylko mogłam otworzyłam.
   - Sło...- nie dokończył, tylko z całych sił przyciągnął mnie do siebie i objął mnie kurczowo, że nawet gdybym bardzo chciała, za żadne skarby nie wydostałabym się z jego uścisku. Wtuliłam głowę w jego ciepły tors i pozwoliłam uszom wsłuchiwać się w rytmiczne bicie jego serca.
   - To był tylko sen, prawda?- wychrypiałam podnosząc wzrok na jego twarz.
   - Zależy o co ci chodzi.
   - Nie zabiłeś Harrego, prawda?- wydukałam cicho.
   - Nawet jeśli bardzo bym tego chciał, nie zrobiłbym tobie czegoś takiego.
   - Obiecujesz?- przymknęłam powieki, kiedy Lou pochylił się nad moim uchem.
   - Obiecuję- odparł, po czym delikatnie musnął ustami mój zaróżowiony policzek.- Tak zmieniając temat. Jest dopiero czwarta nad ranem, nie powinnaś jeszcze na chwilę się położyć?- ujął ostrożnie mają twarz w swoje ciepłe dłonie, podczas gdy ja ziewnęłam.
   - Chyba powinnam- odparłam, odsuwając rękę od własnej twarzy.- O której przyszedłeś?- spytałam kiedy oboje położyliśmy się na miękkim materacu łóżka.
   - Coś po pierwszej. Spałaś już, a ja nie chciałem cię budzić- mruknął przysuwając mnie do siebie, tak żebym mogła przytulić się do jego piersi.
   - Czemu tak późno?- kolejne pytanie swobodnie opuściło moje usta, które chwilę potem pocałował Lou. Był to krótki buziak, który jak to odebrałam miał znaczyć: Jestem zmęczony porozmawiamy jutro.   Uśmiechnęłam się do Louisa szepnęłam ciche dobranoc, po czym oparłam rękę o jego brzuch i zasnęłam.
   Na szczęście, żaden koszmar nie miał zamiaru odwiedzać mnie po raz drugi tej nocy. Natomiast gdy rano wstałam byłam wypoczęta i zrelaksowana. Leżałam sama zaplątana w dwie kołdry, a moja głowa spoczywała bezpośrednio na materacu, przykrytym zielonkawym prześcieradłem. Wyciągnęłam się jak rasowy kocur i powoli wstałam z łóżka.
   - Louis?!- krzyknęłam wyjrzawszy zza progu sypialni.
   - Jestem na balkonie- po kilku sekundach dostałam odpowiedź, na mojej twarzy momentalnie pojawił się szeroki uśmiech, a nogi tanecznym, rytmicznym krokiem poniosły mnie wprost na mały, w pełni zaniedbany balkon.
   Chłopak siedział na słomianym fotelu i z papierosem w dłoni wertował mnie wzrokiem. Miał na sobie tylko krótkie, jeansowe spodenki i białe skarpetki. Moje oczy od razu zwróciły się ku jego torsowi, wytatuowanemu w trzech miejscach. Powoli analizowałam każdy cal jego umięśnionego brzucha.
   - Gdybym widział, w jaki sposób działa na ciebie moje pół nagie ciało, rozbierałbym się przed tobą częściej- skomentował jednocześnie wyrywając mnie z podziwiania jego mięśni, które akurat się naprężyły. Lou zaśmiał się cicho, gdy potrząsnęłam głową i zwróciłam wzrok ku jego twarzy.- Szluga?- zaproponował, wyciągając w moim kierunku paczkę papierosów i umiejscowioną w niej zapalniczkę.
   - Dzięki- jęknęłam cicho, sięgając po papierosa, którego zapaliłam dopiero za którymś razem, ponieważ utrudnieniem stał mi się wiatr, gaszący co chwilę ogień.
   - Gotowa na przygodę życia?- spytał Lou, na którego kolanach właśnie siedziałam i akurat pozwalałam dymowi z fajki opuścić moje płuca.
   - Urodziłam się gotowa- zachichotałam i znowu zaciągnęłam się nikotyną.
__________________________________________________________
 DZIĘKUJĘ ZA 8 komentarzy, które są dla mnie motywacją.
Dziękuję również za komentarz, który zamierzasz za moment napisać pod tym rozdziałem.
Jesteś dla mnie WIELKI. Bo znajdujesz czas, żeby coś naskrobać <3 xx
  

wtorek, 3 grudnia 2013

Rozdział 15

   - Proszę powiedz mi, że nic mu nie uszkodziłeś- szepnęłam, gdy Louis ponownie pojawił się w przedpokoju mojego mieszkania z szerokim, zadziornym uśmiechem na twarzy.- Zayn to mój przyjaciel- dodałam podchodząc do drzwi.
   - Królewnie nawet włos nie spadł z głowy, nie panikuj- zatrzymał mnie słowami, kiedy moja dłoń zaciskała się na klamce frontowych drzwi.- Ale idź do niego, jedź z nim nad to jezioro, a mnie zostaw tutaj, a naszą noc odstaw w niepamięć- warknął na mnie i wszedł do mojej sypialni zatrzaskując za sobą drzwi.
   - Louis!- wrzasnęłam i wyleciałam z mieszkania. Wspięłam się schodami piętro w górę i stanęłam przed drzwiami mieszkania Harrego i weszłam do środka bez pukania.- Harry- mruknęłam, rozglądając się po pomieszczeniu, po chwili zza drzwi kuchni wyszła panie Styles w pobrudzonym fartuchu i łyżką w dłoni.
   - Cześć słoneczko- powitała mnie serdecznie z sympatycznym uśmiechem na twarzy.- Coś się stało?- spytała.
   - Nic takiego, szukam Harrego- oznajmiłam odsuwając spadające mi na twarz włosy.
   - Jest u siebie w pokoju. Ale nic się nie stało, tak? Jedziesz z nami nad jezioro?- spojrzała na mnie ciekawsko, a ja tylko skinęłam głową i pchnęłam drzwi od sypialni Hazzy, zza których dobiegała głośna muzyka.
   - Harry- warknęłam, wyłączając wieżę, z której rozbrzmiewał bass.- O co ci chodzi?
   - O co mi chodzi? Na serio- spiorunował mnie wzrokiem.
   - Tak na serio- odburknęłam i przysiadłam obok niego na rozłożonej kanapie.- Przecież możesz mi opowiedzieć o tym, co cię tak gryzie.
   - Louis mnie gryzie- mruknął pod nosem.- Od czasu, gdy cię poznałem, stałaś się dla mnie kimś ważnym, uważałem cię za przyjaciółkę, której nigdy nie miałem. Bawiłem się świetnie, dopóki nie pojawił się ten natarczywy dupek, który wszystko popsuł.
   - Harry o czym ty mówisz?- otworzyłam szerzej oczy ze zdziwienia, które tyczyło się jego słów.
   - O tym, że przez to, że ty znalazłaś sobie chłoptasia, ja znowu zostanę sam w tym zapiździałym domu- odparł tak cicho, że ledwo jego słowa otarły się o moje uszy.- Dobra, wiesz co? Zostaw mnie samego i wracaj do Louisia...
   - Przestań już- podniosłam na niego głos.- Nie widzisz, że zostawiłam Lou u siebie w domu, żeby przyjść do ciebie, bo się o ciebie martwię- mruknęłam.
   - Nie musisz się nade mną litować- skomentował, spoglądając za okno.
   - Nie lituję się nad nikim, jesteś dla mnie ważny i nie chcę cię stracić- oznajmiłam, po czym posłałam chłopakowi delikatny uśmiech.
   - To pojedziesz nad to jezioro ze mną?
   - Pojadę, jeśli Louis też będzie mógł pojechać- te słowa wywołały na jego twarzy zdziwienie.
   - Stawiam jeden warunek- wtrącił i przegryzł dolną wargę.
   - Jaki?
   - Nie będziecie się lizać na moich oczach, ani nic takiego. Wiesz mam słaby żołądek i nie chcę mieć niechcianych rewolucji w środku- odruchowo pomasował swój brzuch przysłonięty rudym swetrem.
   - Jesteś paskudny- szturchnęłam go w ramię.- Ale zgoda- dodałam i go przytuliłam.
   - A to za co?- zdziwił się, a jego ciemne brwi powędrowały w górę.
   - Za to, że jesteś- mruknęłam i podniosłam się z łóżka.- To idę się pakować. Trzymaj się lokowaty- rzuciłam przez ramię i wygramoliłam się z pokoju.- Do zobaczenia jutro pani Styles- krzyknęłam, żeby mama Harrego, która wciąż pichciła coś w kuchni, usłyszała, że wychodzę.
   - Do jutra- usłyszałam odpowiedź, gdy jedną nogą byłam już za progiem mieszkania. Na mojej twarzy pojawił się ledwo widzialny uśmiech, a nogi pognały schodami prosto pod moje własne lokum.
   Chciałam już łapać za metalową klamkę, gdy ktoś stojący po drugiej stronie ściany mnie uprzedził, co przyczyniło się do tego, że potężne drzwi musnęły moje czoło, jednocześnie zwalając mnie z nóg.
   - Boże dziewczyno- usłyszałam znajomy głos Louisa, który już schylał się, żeby pomóc mi wstać.
   Kiedy stanęłam na nogach zakręciło mi się w głowie i bezwładnie opadłam wprost w ramiona bruneta, który zdołał mnie podtrzymać.
   - Nic ci nie jest?- spytał, wprowadzając mnie do mieszkania, a następnie do salonu, gdzie zajęłam miejsce na jasnej kanapie.
   - Czuję się dobrze, ale będę miała guza- odruchowo złapałam się za pulsujące miejsce na mojej twarzy, w które kilkanaście sekund temu przywaliły drzwi.- Jedziemy nad jezioro- dodałam, odsłaniając zęby.
   - Z palantem?
   - Uważaj, bo ten palant to mój przyjaciel, który może utopić cię w jeziorze- dopowiedziałam i cmoknęłam delikatnie policzek Louisa.- Będzie fajnie.
   - Zapewne- burknął pod nosem.- Jednak najpierw musisz zrobić coś, żebym ci wybaczył, to że kilka minut temu zostawiłaś mnie tu całkowicie samego, wśród tych drwiących ze mnie przedmiotów- rozejrzał się po pokoju, a ja cicho zachichotałam.
   - Ale kombinator- skomentowałam i pochyliłam się nad jego twarzą i zanurzyłam wzrok w jego tęczówkach.
   Czubki naszych nosów się stykały, a moje oczy wciąż wpatrywały się w jego, jakby szukały w nich skarbu.
   - Będziesz się tak patrzeć, czy w końcu mnie pocałujesz?- mruknął, a jego oddech otulił połowę mojej twarzy, wyrywając mnie z podziwiania. Przejechałam delikatnie językiem po dolnej wardze, po czym musnęłam jego usta.
   Były one takie delikatne i miękkie, że moje ciało zwariowało, a w głowie zakręciło się jeszcze bardziej, niż po jakże bliskim kontakcie z drzwiami. Ostrożnie przegryzłam jego wargę, co spowodowało, że z ust Louisa wydobyło się ciche mruknięcie. Odsunęłam się od niego, gdy tylko poczułam jak jego dłoń wślizguje się pod moją bluzkę, i dotyka moich pleców.
   - Nie traćmy czasu, trzeba się pakować- odparłam, wstając z kanapy, a zza siebie usłyszałam głośne westchnięcie.- Wstawaj leniu- rzuciłam do niego przez ramię, na co Lou wywrócił oczami i również podniósł się z mebla.
   - Ale jesteś- mruknął, obrażonym tonem, a następnie dogonił mnie, zaplótł swoje ręce wokół mojej tali i odwrócił mnie przodem do siebie. Nie minęło dużo czasu, a nasze usta znowu się zetknęły, tym razem na krócej.- To idę się pakować do siebie- szepnął mi do ucha, oddalając głowę.
   - Przyjdziesz jeszcze dzisiaj?- rzuciłam. 
   - A chcesz, żebym przyszedł?
   - Głupszego pytania chyba nie mogłam usłyszeć- skomentowałam, a jego kąciki ust powędrowały nieco do góry.
   - Do zobaczenia- powiedział i nie czekając na odpowiedź z mojej strony wyszedł z mieszkania.
   Przejechałam po ustach koniuszkiem palca i wzdychnęłam głośno. Zerknęłam jeszcze kątem oka w stronę przedpokoju, z głupią nadzieją, że będzie tam stał Lou, jednak musiałam pogodzić się z rozczarowaniem.

   Miałam tak niewiele rzeczy, że pakowanie zajęło mi niespełna godzinę. Nie tracąc czasu, sięgnęłam po torebkę, do której wrzuciłam kartę kredytową i telefon i z w połowie odwiązanymi butami wyszłam z budynku. Za cel obrałam sobie pobliskie centrum handlowe, w którym jak zawsze roiło się od sfrustrowanych Anglików i nie tylko. Darowałam sobie wszelkie sklepy z odzieżą, do których w ogóle mnie nie ciągnęło, a to pewnie przez mój brak uwagi przykładanej do mojego ubioru i ogólnie wyglądu.
   Jedzenie uszczęśliwiało mnie bardziej, niż jakaś szmata zwana bluzką. Mknęłam między półkami z jedzeniem, pchając metalowy wózek, który co jakiś czas stawiał mi opór. Pakowałam do jego wnętrza to co najbardziej przykuło mój wzrok. O dziwo nie były to słodycze, za którymi nie przepadałam od dłuższego czasu.
   Stojąc przy kasie dostrzegłam, że dwoje starszych ludzi uważnie mi się przygląda. Wyglądali dosyć znajomo, ale nie mogłam sobie uświadomić, kim oni mogą być. W każdym razie coś do siebie szeptali, wyraźnie wskazując na to, że rozmawiali najprawdopodobniej o mnie.
   - Dzień dobry- rozkojarzona zwróciłam swój wzrok do kasjerki, która przeciągała po ladzie moje zakupy.
   Co jakiś czas spoglądałam w stronę zawistnej pary. Zapłaciłam za produkty, sięgnęłam po siatkę i pewnym krokiem podeszłam do owych ludzi, którzy w jednej chwili umilkli.
   - Czy my się znamy?- spytałam, kiedy odległość między mną, a nimi, była wystarczająco mała, żeby mogli mnie usłyszeć.
   - Nie, nie- momentalnie zaprzeczył wysoki mężczyzna, którego twarz przykrywał kilkudniowy zarost.
   - Wydawało mi się, że państwo się we mnie wpatrywali, zapewne nie szczędząc niepotrzebnych komentarzy- palnęłam, co mi ślina na język przyniosła. Od odpowiedzi uratowała ich mała kilkuletnia dziewczynka z dwoma kitkami na głowie, która przytuliła się do nogi kobiety.
   - To chyba była pomyłka, przepraszamy, ale musimy iść- odpowiedziała kobieta, biorąc dziecko na ręce i razem z jej towarzyszem zaczęła się oddalać.
   - Tak, najlepiej uciekać od odpowiedzi- mruknęłam sama do siebie, a w głowie, próbowałam sobie skojarzyć skąd znam tych ludzi. Jednak moje całe rozmyślenia poszły na próżno, a ja obładowana zakupami wróciłam do domu.
________________________________________________________________
   Przyznam, że dosyć dziwnie było mi  wrócić tutaj, ale wena jakiej doznałam pisząc ten rozdział nieco mnie zdziwiła. Pozytywnie oczywiście. Mam nadzieję, że nie macie mi nic za złe, że tak zmieniam i raz piszę tu, a raz tu. Mam nadzieję, że uda mi się skończyć to opowiadanie :)
   Z góry dziękuję za wyrozumiałość i komentarze o ile jakieś w ogóle się pojawią.

Serdecznie też zapraszam na mojego aska- http://ask.fm/GobyPlane
Jak i aska bohaterów http://ask.fm/buntowniczkanakoncuswiata
 POZDRAWIAM WSZYSTKICH WYTRWAŁYCH <3