Translate

środa, 28 sierpnia 2013

Rozdział 9

   - Harry!- wrzasnęłam za nim, podczas gdy on nie reagując na moje słowa, oddalał się w stronę wyjścia z budynku.- Harry!- powtórzyłam, po czym gdy byłam na tyle blisko jego, że chwyciłam jego rękę i pociągnęłam do siebie, co spowodowało, że Loczek gwałtownie odwrócił się w moją stronę.
   - Czego chcesz?!- warknął na mnie, wlepiając swój wzrok w jakiś punkt znajdujący się za moimi plecami.
   - Źle zinterpretowałeś to co zobaczyłeś- próbowałam wejść jakoś w wytłumaczenie się.
   - Wyszliście razem z jednej kabiny, zupełnie nieogarnięci i w połowie rozebrani, co innego mogło to znaczyć?- zadał pytanie, na które nie zdążyłam odpowiedzieć.- Czy ty nie widzisz jaki on dla ciebie był i na pewno wciąż jest? To łajdak Margi, zrozum to. Ja tu staram się ciebie bronić, a ty...- głośno westchnął, a następnie odwrócił się do mnie plecami i wyszedł z galerii.
   - Harry, to nie tak- zawołałam za nim, jednak chłopak lekceważąc wszystko wsiadł na motor i odjechał z piskiem opon.
   - Kurwa no- szepnęłam sama do siebie i ruszyłam w stronę domu.
   W mojej głowie, aż roiło się od myśli, których nie mogłam się pozbyć za żadne skarby.
   Zaraz po powrocie do domu, odłożyłam siatkę ze spożywczymi zakupami na stół i szybko pomaszerowałam do mieszkania Harrego i jego mamy.Przed samymi drzwiami, zakręciło mi się w głowie, jednak wszystko tak jak szybko się zaczęło, tak szybko i zniknęło, więc spokojnie mogłam zapukać do drewnianych drzwi.
   - Jest Harry?-spytałam mamy chłopaka, która otworzyła mi drzwi z numerem 44, który znajdywał się na poziomie moich oczu.
   - Nie ma. A coś się stało?- tym razem ona zadała pytanie, na które ja w odpowiedzi jedynie pokręciłam przecząco głową i wróciłam do siebie. Trzasnęłam z całych sił za sobą drzwiami, po których chwilę później osunęłam się na zimną, kafelkową podłogę.
   - Czy ja zawsze, muszę coś popsuć?- pozwoliłam sobie na kilka słów samokrytyki, kiedy tak bezczynnie, oparta o zimną ścianę, marnowałam swój czas. Zresztą mój nic nie warty czas. Wydaje mi się, że moje życie tu z dala od okien zakrytych stalowymi, zupełnie pokrytymi rdzą kratami. Zaczynam tęsknić za psychiatrykiem. Chyba mam gorączkę i nie myślę racjonalnie. Tak, to na pewno jest to.
   Gdy tylko podniosłam się z zimnych kafelek, delikatne zawroty głowy utwierdziły mnie w przekonaniu, że z moim ciałem jest coś nie tak. Nerwowo zaczęłam przeszukiwać wszystkie zakamarki w kuchni, mając choć cień nadziei, że opuszki moich palców natrafią na jakieś tabletki przeciwbólowe, którymi zawsze byłam faszerowana, gdy tylko poczułam jakiś niepokojący ból. Niczego nigdzie nie było, a ja z czasem zaczynałam tracić siły. Zimny pot zalał prawie każdy skrawek mojego ciała, a przez mój kręgosłup ciarki przebiegały kolejno, w górę i w dół, jakby urządzały jakiś maraton.
   Zaparzyłam sobie jeszcze gorącą herbatę z bardzo dużą ilością, wykręcającej człowieczą twarz cytryną, której skrycie nienawidziłam, ale mimo wszystko zdawałam sobie sprawę jaka jest skuteczna w przypadku przeziębienia. Tylko czy to co mnie dopadło, to na pewno przeziębieni?
   Mocno chwyciłam kubek z gorącym wywarem, którego zapach zdążył już dotrzeć do mojego nosa, po czym powolnym krokiem udałam się do własnej sypialni, z dużym, ogromnym wręcz łóżkiem, o którym w tym momencie tak bardzo marzyłam. Wślizgnęłam się pod puszystą kołdrę, oparłam głowę na poduszce i wzięłam łyk herbaty, a następnie odstawiłam kubek na bok, a dokładniej na nocną szafkę.
   Czułam jak napój przemierza moje ciało, rozpalając je po drodze. Przez gardło, płuca, śledzionę, aż do żołądka, wywołując miłe uczucie ciepła. Upiłam jeszcze trochę naparu, krzywiąc się nieco, gdy w język ukuł mnie kwaśny smak cytryny. Przełknęłam jeszcze głośno ślinę, wtuliłam delikatnie głowę w poduszkę i przymknęłam nabrzmiałe powieki. Przegryzłam jeszcze dolną wargę i wypuściłam powietrze z płuc, które zagwizdało przelatując prze moje lekko otwarte usta.

   Z przyjemnego i kojącego ból snu wyrwało mnie głośne pukanie do drzwi mojego mieszkania. Na początku, zaraz po przebudzeniu, byłam rozkojarzona, nie wiedziałam co się dzieje, a nawet jakim cudem znalazłam się w moim łóżku. Przetarłam oczy ściśniętymi piąstkami i podniosłam się do pozycji siedzącej.
   - Louis- szepnęłam sama do siebie, po tym jak zdałam sprawę, kto w tym momencie może stać po drugiej stronie ściany i łomotać w moje drzwi, który zaczynają chwiać się we własnych framugach.- Zaraz da sobie spokój- pomyślałam nie wychodząc z łóżka, które kurczowo trzymało mnie na sobie, nie pozwalając mi na opuszczenie jego miękkiego materaca. Nasunęłam kołdrę na znaczną część głowy i powróciłam do udawania, że nikogo nie ma w domu.
   Jeśli chodzi o Louisa, nie dawał za wygraną. W pewnym momencie już byłam pewna, że go nie ma, odszedł zrezygnowany. Pomyliłam się wciąż tam był, tym razem szarpnął za klamkę, podczas gdy ja zdałam sobie sprawę, że nie zdążyłam zamknąć drzwi na klucz po moim powrocie do mieszkania. Drewniane drzwi gwałtownie się otworzyły, a do moich uszów dobiegł dźwięk, ciężkich butów, stąpających po korytarzu, znajdującym się kilka metrów za ścianą, mojej sypialni, w której leżałam.
   - Nie chowaj się i tak cię znajdę- usłyszałam głos Louisa, który najprawdopodobniej właśnie zaglądał do łazienki, ponieważ usłyszałam dźwięk, a raczej skrzypienie kolejnych drwi.
   - Nie chowam się- chciałam powiedzieć, ale jedyne co wydobyło się z moich ust to cichy skrzek, sprawiający mi nie mały ból w krtani, który spowodował, że aż syknęłam, zaciskając zęby.
   - Wiem, że tu jesteś- w jego głosie zaczynałam wyczuwać pewnego rodzaju złość, z którą tak bardzo nie chciałam się dzisiaj mierzyć. Już chciałam wychodzić z łóżka, żeby mu pokazać, że jestem, że nie chowam się przed nim, ale ten mnie uprzedził. Wystawiałam jedną nogę za granicę łóżka, gdy klamka od drzwi opadła na dół, a one same szeroko się otworzyły. W progu stanął Lou, z wkurzoną miną, która jednak szybko opuściła jego twarz, na której teraz malowało się coś w rodzaju zaniepokojenia.
   Zbliżał się do mnie niepewnie, a z każdym jego kolejnym krokiem rytm mojego serca przyspieszał. Mój wzrok skupił się na jego zielonych oczach, które przybierały coraz cieplejszy wyraz. Można rzec, że stawały się takie ludzkie.
   - Co ci jest?- jego szept wyrwał mnie z jakiejś jawy, w której niepotrzebnie się znalazłam.
   - Wszystko jest okay- skłamałam, delikatnie się uśmiechając, a uśmiech ten był wymuszony i sztuczny.
   - Nie zgrywaj twardzielki, przecież widzę, że coś nie gra- odparł, badając całe moje odkryte ciało swoim wzrokiem.
   Nawet nie wiedziałam kiedy, jego delikatna dłoń znalazła się na moim czole, momentalnie przynosząc mi w pewnym sensie ulgę. Do tej pory nigdy nie pomyślałabym, że jego dotyk może sprawiać mi taką przyjemność, jago skóra może działać na mnie tak łagodząco. Nie jestem do końca pewna co dzieje się z moim umysłem, z moim ciałem, ale wszystko we mnie ożywa, a to wydaje mi się tak dziwne, że sama nie wiem jak mam to rozumieć. Delikatnie zsuwam jego dłoń z mojej twarzy, przełknąwszy ślinę otwieram usta, żeby zabrać głos.
   - Naprawdę nic mi nie jest- znowu skłamałam, ale nie poczułam się winna, uświadomiłam sobie, że chcę zostać teraz sama, żeby wszystko uporządkować w swojej głowie. Chcę przeanalizować to jak moje ciało odebrało jego dotyk.
   - Brałaś jakieś lekarstwa?- spytał troskliwie.
   - Nie mam żadnych lekarstw- wyjaśniłam spokojnie, na co Louis zareagował dosyć dziwnie, bo z jego lekko uchylonych ust wydobył się cichy chichot.-Co?- warknęłam na niego.
   - I co może mi jeszcze powiesz, że próbowałaś wyleczyć się herbatą z cytryną...- zaczął śmiać się jeszcze głośniej, a moją bladą do tej pory twarz oblał rumieniec, a wzrok odruchowo powędrował na stojący obok mnie kubek z wywarem o którym wspomniał szatyn.
   - To nie twój interes- syknęłam na niego nasuwając na siebie kołdrę.- Gdzie idziesz?- te słowa niekontrolowanie wyleciały z moich ust, kiedy Louis łapał już za metalową klamkę, drzwi mojej sypialni.
   - Idę do apteki- odpowiedział i zniknął. Przez chwilę słyszałam jeszcze tupot jego stóp, które przemierzały korytarz mojego mieszkania, po czym wszystkie słyszane do tej pory dźwięki ucichły, a ja zostałam sama z wieloma pytaniami, które nawiedziły moją głowę i na które nie byłam w stanie teraz odpowiedzieć.
   - Co on tu robił?!- usłyszałam krzyk dobiegający zza drzwi mojej sypialni, która niestety nie była dźwiękoszczelna. Nie minęła sekunda, gdy przede mną wyłoniła się postać Harrego.
   Coś mi nie pasowało. Chłopak wyglądał inaczej, jego włosy sterczały w każdym kierunku świata, a jego dotąd przyjazne zielone oczy, płonęły od wściekłości. Nic mi nie pasowało. Harry zrobił się nieprzyjemny, a Louis potulny. O co w tym wszystkim chodzi?
   - Harry uspokój się- szepnęłam, gdy ten pod nosem wyzywał Louisa od skurwysynów.
   - Co ty sobie wyobrażasz?!- warknął na mnie, a moje usta otworzyły się ze zdumienia.- Jedna upojna przygoda ci nie wystarcza na dzień. W łóżku wygodniej tak?- mówił to w taki sposób, że moje ciało powoli zamierało ze zdziwienia.
   - O co ci chodzi?- spytałam cicho.
   - Już ty wiesz o co. Mówiłaś, że go nienawidzisz, a teraz co macie się ku sobie, nie widzisz jaki jest z niego drań, chce cię wykorzystać, zabawić się twoim kosztem, a ty mu na to pozwalasz. Wydawałaś mi się taka silna, taka zaborcza, widocznie się pomyliłem. Już ci nie przeszkadzam, miziaj się z tym swoim chujem- nigdy w życiu nie spodziewałabym się takiej reakcji ze strony loczka, a jego słowa sprawiały mi jeszcze większy ból niż do tej pory odczuwałam. Chciałam coś powiedzieć, ale Harry mi na to nie pozwolił. Pokręcił tylko głową, po czym wyszedł z mieszkania, trzaskając za sobą drzwiami.
   Z moich oczu zaczęły płynąć słone łzy, które spływając po mojej twarzy, zostawiały za sobą bolesny ślad.
   - Mam coś co powinno ci pomóc- kiedy tylko usłyszałam głos Louisa, jak najszybciej usiłowałam doprowadzić się do porządku. Szybkim ruchem starłam łzy z policzków i wymusiłam delikatny uśmiech, który pokrył moją napuchniętą twarz.
   - Dzięki- wychrypiałam, kiedy Louis podał mi jakąś tabletkę i wodę w plastikowej butelce. Momentalnie zażyłam lek i znowu osunęłam się na aksamitną pościel.- Czemu życie poza kratkami musi być tak trudne- byłam pewna, że tylko o tym pomyślałam, jednak reakcja Lou, uświadomiła, że jednak on też usłyszał wszystko.
   - Za jakimi kratkami?- spytał siadając na skraju mojego ogromnego łóżka.
   - Nieważne, zapomnij.
   - Byłaś w więzieniu?- zadał kolejne pytanie.
   - Nie do końca- mruknęłam cicho.
   - W szpitalu psychiatrycznym?
   - Nie.
   - W areszcie domowym?
   - Nie- powtórzyłam.
   - W poprawczaku?- po tym jak padło to pytanie w pomieszczeniu zapanowała cisza...
__________________________________________________________
   Przypominam o komentowaniu :)
I asku bohaterów gdzie czekam na dużo pytań. -http://ask.fm/buntowniczkanakoncuswiata

piątek, 23 sierpnia 2013

Rozdział 8

   - Gdzie?- bez zastanowienia zerknęłam za plecy, a w głębi miałam nadzieję, że zobaczę tam jakąś osobę, która spadła z nieba i do której Louis kierował swoje słowa. Niestety jak się okazało, w przeciągu kilkunastu metrów nikt koło mnie nie stał, poza brunetem, który uważnie wpatrywał się w moją zdezorientowaną twarz.- Masz jakiś problem do mnie, skoro cały czas, gdzie się nie obejrzę widzę ciebie?- wybuchnęłam po chwili niezręcznej ciszy, która zapanowała między nami.
   - Sugerujesz, że cię śledzę?- zaraz po tym jak z jego ust wydobyło się ostatnie słowo, chłopak zaczął się głośno śmiać, że przechodzący akurat obok nas ludzie, spiorunowali nas wzrokiem.
   - A może tak nie jest?!- podniosłam na niego głos.
   - Nie drzyj się, bo ludzie patrzą- skomentował, na co ja tylko wywróciłam oczami i ruszyłam w kierunku wyjścia ze sklepu, w którym od dłuższego czasu przebywałam.
   - Gdzie idziesz?- usłyszałam jego nieprzyjemny głos za swoich pleców.
   - Tam, gdzie ciebie nie będzie- prychnęłam, nie zwalniając tępa, marszu.
   - Nie musisz się tak spinać- kolejny głupi komentarz ze strony Louisa, obił się o moje uszy, co musiało oznaczać, że cały czas chłopak dotrzymuje mi kroku.- Chcę porozmawiać- dodał o chwili, co wywołało we mnie mieszane przeczucia.
   - To sobie rozmawiaj sam ze sobą, bo ja na to nie mam ochoty.
   - Nie prosiłem cię o zgodę- szepnął mi do ucha, co wywołało na całym moim ciele nieprzyjemną, gęsią skórkę, po czym chłopak kurczowo złapał moją dłoń i pociągnął mnie w stronę toalet. Zanim się obejrzałam stałam oparta o sedes w jednej z męskich kabin, wpatrując się w neutralną twarz Louisa, który oparty o drzwi kabiny, wlepiał swój wzrok w moje zdezorientowane ślepia.
   - Wypuść mnie!- warknęłam, robiąc mały krok w jego kierunku.
   - Pierw chcę sprostować, kilka rzeczy.
   - Nie mam ochoty cię słuchać!- warknęłam usiłując się wydostać z małego pomieszczenia, w którym śmierdziało mieszanką różnych zapachów.
   - Nie jestem taki jak ci się wydaje- zaczął, a ja tylko wywróciłam oczami, w geście, który miał oznaczać, że wcale, a wcale nie obchodzi mnie to co chłopka usiłuje mi przekazać. Chciałam znaleźć się od niego jak najdalej.- Chcę ci wszystko wyjaśnić.
   - Nie musisz nic wyjaśniać. Dla mnie jesteś psychiczną osobą, nie mającą własnego życia, ale...- nie zdążyłam dokończyć, ponieważ ni stąd, ni zowąd usta Louisa przywarły do moich. Otworzyłam szerzej oczy, po czym odepchnęłam go od siebie, a następnie szybkim ruchem ręki otarłam sobie usta.
   - Co to miało znaczyć?!- wydarłam się na niego, podczas gdy na jego twarzy pojawił się zadziorny uśmieszek.
   - Chciałem cię uciszyć, żebyś w końcu dała mi powiedzieć, to o czym usiłuję cię poinformować od czasu, gdy tkwimy w tej kabinie- oznajmił, a ja powoli osunęłam się na sedes.- Tak usiądź sobie, to będzie długa przemowa- skomentował.
   - Zajebiście- mruknęłam pod nosem.
   - Dobra specjalnie dla ciebie to skrócę. Kilka lat temu, gdy chodziłem jeszcze do liceum, podkochiwałem się w pewnej dziewczynie...
   - Kocham Love Story- weszłam mu w słowo, co wnioskując po jego minie, ani trochę, mu się nie spodobało.
   - Nie przerywaj!- skarcił mnie słowami, po czym wrócił do swojej przemowy.- Obserwowałem ją godzinami, gdy zawsze po lekcjach siadała na murku przed szkołą i rysowała. Miałem na jej punkcie obsesję, ale nigdy nie przełamałem się by do niej podejść, zawsze coś mnie powstrzymywało. Zbliżał się bal maturalny, wszyscy chłopcy zapraszali swoje wybranki, a ja ćwiczyłem przemowę, chciałem do niej podejść i zaprosić na bal pewnego dnia, zaraz po zajęciach. Czekałem na nią przed szkołą, z małą różą w ręce i zaproszeniem w drugiej. Minuty mijały powoli, a ja wciąż oczekiwałem na nią, aż w końcu się doczekałem. Szła prowadzona przez dwóch, napakowanych policjantów, wprost do radiowozu, podstawionego pod szkołę, którego nie dostrzegłe wcześniej. Wtedy widziałem ją ostatni raz...
   - Fascynujące, ale jaki to ma związek ze mną?- znowu mu przeszkodziłam.
   - Wyglądasz jak ona- dopowiedział, a ja jeszcze raz przeanalizowałam jego słowa.
   - Co rysowała?- spytałam cicho.
   - Komiksy- odpowiedzieliśmy równo, co nas obojga zdziwiło.
   - To nienormalne, chcę stąd wyjść.- jęknęłam napierając na Louisa, w tym czasie rękaw mojej długiej bluzki się podsunął do góry, jednocześnie odsłaniając bardzo widoczne blizny po cięciach, za czasów poprawczaka.
   - Co to?- spytał Lou, chwytając za mój nadgarstek i wlepiając swój wzrok w moje stare rany.
   - Nic- prychnęłam.
   - Czyli jednak cię znalazłem- szepnął.
   - Taa, ale na bal już mnie nie zaprosisz. Dobra miło było, ale teraz mnie wypuść.
   - Pod warunkiem, że zgodzisz się na spotkanie. W mojej głowie, aż roi się od pytań, które chciałbym ci zadać.
   - Gdzie i kiedy?
   - U mnie w domu- zaczął.
   - Chyba nie chcę zostawać sam na sam z tobą w twoim domu, niech będzie u mnie. Dziś wieczorem- zaproponowałam, po czym Lou, kiwnął głową i otworzył drzwi toalety, z której wyszliśmy oboje, ja poprawiałam sobie bluzkę, a Louis wciągał na siebie kurtkę, gdy niespodziewanie przed nami wyrósł Harry, z miną nie do opisania.
   - To męska ubikacja, a nie burdel- skomentował i wyszedł, trzaskając za sobą drzwiami. Zerknęłam ukosem na Lou, po czym ruszyłam za Loczkiem.
___________________________________________________
   Chyba wyszłam z wprawy. Nie chyba a na pewno.